czwartek, 18 stycznia 2018

"Młody świat" Chrisa Weitza, czyli postapokaliptyczna powieść o nastolatkach 💣

"MŁODY ŚWIAT" CHRIS WEITZ
Tajemnicza epidemia zmiotła dorosłych i dzieci z powierzchni Ziemi, zostawiając przy życiu jedynie nastolatków. By przetrwać młodzi łączą się w plemiona. Każdy z ich dni jest policzony, kończą się antybiotyki oraz jedzenie. Gdy jeden współplemieńców na Placu Waszyngtonów wpada na trop lekarstwa, pięcioro przyjaciół wyrusza na ryzykowną ekspedycję. Ich podróż naładowana jest akcją, niebezpieczeństwami, wymianą ognia, gangami i cierpieniem. Czy uda im się ocalić wymierającą populację? Dowiedz się sam!

O tej książce słyszałam parę pozytywnych opinii, lecz o uszy obiły mi się także te złe. Gdy zobaczyłam przecenę w Empiku i mogłam tę pozycję kupić o połowę taniej, nie wahałam się. Zainwestowałam w własny egzemplarz z zachęcającym opisem oraz okładką. Przez pierwsze rozdziały przebrnęłam dosyć szybko, jednak z czasem zaczęłam odczuwać zmęczenie tą historią. Jeśli ciekawi Was, jak brzmi moja dalsza opinia, zapraszam do czytania.

Najpierw wspomnę o autorze "Młodego świata". Chris Weitz jest reżyserem takich filmów jak: "Saga zmierzch: Księżyc w Nowiu", "American Pie", "Złoty kompas" oraz współtworzył scenariusz do "Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie". Dlatego czytając tę powieść, czułam się jakbym oglądała film. Cóż, nie byle jaki, bowiem "Więzień labiryntu: Próby ognia". Zaraz wyjaśnię dlaczego. Grupę nastolatków – mamy, chorobę, która nie zaatakowała tylko ich – mamy, podróż przez zniszczone miasto – mamy, poszukiwanie lekarstwa – mamy. Oczywiście, odnoszę się wyłącznie do filmu, ponieważ książki nie miałam okazji przeczytać. Mimo lekkiego zirytowania, te podobieństwa mogłam jeszcze przeboleć. Ale jeśli chodzi o bohaterów, tutaj balansowałam na granicy wytrzymałości i cierpliwości.

Mieliśmy perspektywę dwóch postaci – Jeffersona i Donny. Jeśli chodzi o Jeffa, to jego narracja bardziej do mnie przemawiała. Nie był wyśmienity, niekiedy też mnie denerwował, lecz do niego miałam stosunek obojętny. Czasem rzucił śmiesznym tekstem, a czasem użył słowa, które rozumiał tylko on i Mózgowiec. W roli przywódcy sprawdzał się dosyć dobrze. Natomiast Donna. O Matko Boska, najchętniej dodałabym jej do listy w ostatniej notce. Ta dziewczyna była okropna! Nie dość, że jej przemyślenia były totalnie nudne, to do tego jej sposób wyrażenia sprawiał, że wciąż kręciłam głową z politowaniem. Używała dziwnego slangu, a apokalipsę pieszczotliwie nazywała Aposią. Do tego miała najlepszego przyjaciela – czarnoskórego geja. I o ile Petera mogłabym jeszcze tolerować, o tyle uniemożliwiało mi to jego wypowiadanie się. Jego teksty zazwyczaj polegały na: "Blablablabla, GERL", "Coś tam coś tam, GERL". Nie, nie potrafiłam tego w spokoju czytać. Aczkolwiek i tak najbardziej przeszkadzał mi zapis dialogów w perspektywie Donny. Czułam się jakbym czytała scenariusz:

Jefferson:
Co tam?

Ja:
Nic, a u ciebie?

Jefferson:
Spoko.

Serio? SERIO?! Chociaż muszę przyznać, że takie zapiski czytało się wyjątkowo szybko, więc sprawnie przechodziłam przez narrację Donny. Najlepiej jak znaleźli się w bardzo niebezpiecznej sytuacji, gdzie nie mogli być pewni, że przeżyją, a nasza główna bohaterka w tym czasie wspominała życie przed wybuchem epidemii. Postanowiłam, że na tym zakończę swoje narzekanie i przejdę do postaci, którą naprawdę polubiłam. Mianowicie niską, drobną dziewczynę – Szyfon. Niby niepozorna, lecz potrafiła dokopać. Wykazała się niezwykłą odwagą, umiejętnościami walki wręcz i posługiwania się bronią. Denerwowało mnie, że nikt jej początkowo nie doceniał. Gdyby nie ona, ta historia mogłaby się zakończyć inaczej. Jeśli chodzi o postacie epizodyczne, do gustu przypadł mi jeszcze Ratso. Wydawał się autentyczny. Nie wspomniałam jedynie o Mózgowcu, do którego mam taki stosunek, co do Jeffersona. Po prostu jest. Nie przeszkadzał mi. Zresztą czasem tylko on ogarniał sytuację, więc za to plus.

Fabuła. Hm, miałam wrażenie, że wszystko wyglądało tak samo. To znaczy, bohaterowie pojawiali się w jakimś miejscu, tam się coś działo, uciekali, znowu byli w jakimś miejscu, tam się coś działo, uciekali i tym sposobem trafiali do kolejnego miejsca. I tak w kółko i kółko. Przyznaję, było to nieco nużące. Ogólnie gdyby wyrzucić wiele zbędnych opisów, ta książka byłaby o połowę chudsza. Ciąg przyczynowo-skutkowy nie istnieje w tej historii. Część sytuacji była całkowicie bez sensu. Jednak nie zamierzam ich wymieniać i spoilerować. Aby zrozumieć mój wywód, trzeba przeczytać tę powieść i dowiedzieć się na własnej skórze jak bardzo jest o niczym. Dno i pięć metrów mułu.

Reasumując, ta książka jest po prostu przeciętna. Nie wyróżnia się na tle innych. Końcówka była odrobinę intrygująca, ale wątpię żebym sięgnęła po kontynuację serii. Pierwszy raz mam taką sytuację, bo zazwyczaj chcę wiedzieć, jak dana opowieść się skończy. W tym przypadku jest inaczej. Nie zamierzam męczyć się przy kolejnych tomach. Zawiodłam się, niestety. 
Trzymajcie się ciepło i do następnego ✌

wtorek, 16 stycznia 2018

#TOPOWA PIĄTKA, czyli 5 najbardziej irytujących bohaterek książkowych 😈

Cześć! Topowa piątka pojawiła się znacznie szybciej na moim blogu niż miałam w planach. Wytłumaczenie jest jedno: Nie zdążyłam przeczytać książki, którą aktualnie męczę. W związku z tym postanowiłam wstawić coś lekkiego, co umili Wam czas podczas, gdy ja będę kończyła zaczętą lekturę. Dzisiaj przedstawię Wam pięć bohaterek książkowych, które naprawdę potrafiły być irytujące. Od razu zaznaczam, że dziewczyny ustawiłam w porządku alfabetycznym. Zapraszam do czytania!

1)
 DOREEN GREY z "Doreen" Ilany Manaster
Tę dziewczynę można przedstawić w dwóch płaszczyznach – Przed i Po przemianie. Jednak w obydwóch przypadkach irytowała na każdym kroku. Początkowo zakompleksiona nastolatka, która od razu nie wzbudzała żadnych pozytywnych emocji. Choć było mi jej w pewnym stopniu żal, zarazem czułam do niej niechęć. Użalała się nad sobą, zamiast wziąć się do roboty. Kiedy inni chcieli jej pomóc, obrażała się i płakała. Och, bez przesady. Gdy udało się jej zostać szkolną pięknością, dostając od ludzi wszystko, czego pragnęła, stała się jeszcze gorsza. Manipulatorka, nie posiadająca żadnych uczuć i niszcząca innym psychikę. Doskonale zdaję sobie sprawę, że taka właśnie miała być, aczkolwiek próbowanie na siłę ściągnąć na siebie uwagę, sprawiało, że otwierał mi się nożyk w kieszeni. Już chyba wolałam rozhisteryzowaną kluchę niż apodyktyczną zołzę. Tej pani podziękujemy!

2)
JOSIE WOODWORK z serii "Selekcja" Kiery Cass
W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć postaci epizodycznej, choć równie mocno denerwującej jak inne w tym rankingu. Córka Marlee i Cartera Woodworków, pojawiająca się w dwóch ostatnich częściach sagi. Kiedy czytałam momenty z tą dziewczyną, zastanawiałam się jak cudowna lady Marlee mogła być mamą takiego bachora. Rozpieszczona zazdrośnica, nie szanująca tego, co posiadała. Mieszkanie w zamku, własna obsługa, uczestnictwo w balach i miliony prezentów nie wystarczały. Josie chciała być jeszcze ważniejsza i jeszcze bardziej zauważana. Naprawdę? NAPRAWDĘ?! Gdyby ktoś kradł moje ubrania, psuł moje tiary i wpychał się do spraw, do których nie powinien, udusiłabym tę osobę gołymi rękoma. Ta bohaterka przebiła nawet Ami i Eadlyn. Cuda najwidoczniej się zdarzają!

3)
MEGAN z "The Call. Wezwanie" Peadara O'Guilina
Tę książkę skończyłam niedawno, jednak Megan była na tyle specyficzną osobą, że od razu trafiła na listę najbardziej irytujących bohaterek książkowych. Nad jej przypadłością nieco rozwodziłam się w recenzji tej powieści, jednak postanowiłam, że ponarzekam na nią jeszcze trochę. Przede wszystkim przeszkadza mi jej sposób wyrażania się – zbyt wulgarna jak na swój wiek. Potrafiła wyzywać swoją najlepszą przyjaciółkę od najgorszych. Ot tak. Bez powodu. Ale to przecież z miłości, taaa. Jestem pewna, że miała pełnić rolę postaci komediowej, ale cóż, nie wyszło jej. Żarty kompletnie nieśmieszne, a przyznaję, że bawią mnie czasem totalne głupoty. Tak tutaj czułam wyłącznie zażenowanie, że ktoś mógł w ogóle to powiedzieć. Zdecydowanie nie było mi jej żal, czytając co ją spotkało. I choć samego Conora nie lubiłam, rozumiałam jego nienawiść do rudej nastolatki. TRZY RAZY NIE, DZIĘKUJĘ!

4)
SŁAWA z serii "Kwiat paproci" Katarzyny Bereniki Miszczuk
Najlepsza przyjaciółka głównej bohaterki mojej ukochanej serii. Towarzyszyła nam od samego początku, niestety. Gdy myślę Sława w głowie mam tylko obraz Joli Rutowicz. Nie chodzi mi o samo zachowanie, a wygląd. I oczywiście nie mam na celu nikogo tutaj obrażać (w sumie mam), po prostu widząc taką osobę, myślę sobie – pusta, głupia imprezowiczka, sypiająca z kim popadnie. Taka właśnie jest nasza Sława. Próbuje zeswatać Gosię z pewnym chłopakiem, lecz po paru dniach sama spędza z nim noc. Jej teksty są żenujące, styl bycia pozostawia wiele do życzenia i sama jej osoba jest irytująca. Kiedy dowiadujemy się o niej nieco więcej, poznajemy jej historię, to tak naprawdę nie lubimy jej tak samo mocno jak przedtem. Tylko wtedy dochodzi jej wieczne narzekanie, użalanie się nad sobą oraz ocenianie przyjaciółki. Widząc jej marne próby poderwania jakiegoś faceta, mam ochotę zwymiotować. Serię polecam z całego serca, ale trzeba liczyć się z tą drażniącą postacią i jej fioletowymi stringami.

5)
VEE SKY z serii "Szeptem" Becci Fitzpatrick
Połączenie punktu 3 i 4, czyli najlepszej przyjaciółki jako postaci komediowej. Vee miała wprowadzać radość w rozdziałach, sprawiać, że się uśmiechniemy, zaśmiejemy z jej tekstu. Coś tam szepnie, coś skomentuje i ewentualnie pomoże w potrzebie. O ile dobra z niej koleżanka, o tyle śmieszek niekoniecznie. Taka typowa nastolatka, próbująca na siłę znaleźć chłopaka i choć twierdzi, że jest na diecie, pożera pączki z wielkim apetytem. Wypowiadane przez nią zdania są tak głupie, że aż łapałam się za głowę. Nadawanie pseudonimów typu Scotty Przystojniaczek, bawiło mnie, ale nie ze względu na to, że było to tak fantastyczne przezwisko. Nie, ono było po prostu durne. W ostatniej części to już w ogóle jej wątek był beznadziejny. Czuję, że zostało wciśnięte to naprawdę na siłę. Przez trzy pierwsze części Nora nie może powiedzieć jej prawdy, a gdy w czwartej chce to zrobić, hohoho, okazuje się, że Vee o wszystkim wie i też ma pewny sekrecik. Stanowczo mówię nie. To było najgłupsze wyjście z sytuacji. Poza tym nie lubiła Patcha, a tego nigdy nie będę w stanie jej wybaczyć 😂


Uff, udało mi się przebrnąć przez każdą z tych dziewczyn, choć było trudno. A wy jakich postaci damskich nie lubicie? Podzielacie moje zdanie czy wręcz przeciwnie? Zapraszam do dyskusji w komentarzach. A tymczasem dziękuję za przeczytanie tego postu i do następnego! 😗

sobota, 13 stycznia 2018

"The Call. Wezwanie" Peadara O'Guilina. Masz trzy minuty, aby ocalić swoje życie 💀

zdjęcie: https://bookgeek.pl
"THE CALL. WEZWANIE" PEADAR O'GUILIN
Grupa nastolatków, szkolących się w szkole przetrwania, ma tylko trzy minuty na to, aby przetrwać spotkanie z łaknącymi krwi Sidhe. Czeka ich albo śmierć, albo wrócenie do swojego świata zupełnie odmienionym. Jednak jakie szanse na wygranie ma Nessa, która porusza się o kulach? Krwiożercze potwory nie znają litości i stają się coraz bardziej niebezpieczne. Historia, która przyprawi cię o obrzydzenie i poruszy twoje serce. A czy ty masz szansę na przeżycie, gdy przyjdzie twoja pora Wezwania?

Książkę dostałam w prezencie na święta. Od dawna miałam w planach przeczytanie tej pozycji. Pierwsze, co przykuło mój wzrok, to okładka, która naprawdę spodobała mi się. Uwielbiam otwierane skrzydła, tworzące razem jedną całość. Do tego piękne złote litery i wycięte kółko dopełniają perfekcyjny design. W tym roku zabieram się już za drugą książkę wydawnictwa IV Strona. Pierwszym razem byłam zadowolona. Na szczęście ta lektura również w pewnym stopniu przypadła mi do gustu. Zapraszam do dalszego czytania.

Początkowo nie potrafiłam się wciągnąć. Czułam wewnętrzny ból, kiedy przewracałam kartki. Jednak z czasem udało mi się przystosować do panującego klimatu. Oryginalność fabuły zadziwiła mnie, aczkolwiek oczekiwałam trochę więcej tamtego świata niż sporów pomiędzy nastolatkami. Zahaczając już o bohaterów to z przykrością stwierdzam, że żadnego nie polubiłam. Było mi totalnie obojętne czy któreś z nich przeżyje, czy też nie. Większość z nich działa mi na nerwy i miałam ochotę udusić ich gołymi rękoma. Byli niemili, chamscy, wulgarni i nie dawali mi powodu do polubienia ich. Główna bohaterka jeszcze do zniesienia, choć nie kibicowałam jej w żadnym momencie książki. Jednakże była najbardziej ogarnięta z całej grupy. Ewentualnie znosiłam Anto, lecz też nie pojmowałam niektórych rzeczy z nim związanych. Podejrzewam, że Megan miała być postacią komediową, ale totalnie zawaliła sprawę. Jej sposób wyrażania się, nieśmieszne żarty, groźby i zaklinanie się "na włochate cycki Sidhe", sprawiały, że wciąż kręciłam z politowaniem głową. Rycerze Okrągłego Stołu byli jeszcze gorsi. Megalomania, agresywność i władczość kipiała od nich na odległość. Liczyłam na to, że Conor przejdzie pewną przemianę, ale myliłam się. Jeśli chodzi o sposób wysławiania się przez nastolatków, to nie, panie O'Guilin, my wcale tak nie mówimy. Nie rozumiem dlaczego dorośli mają o nas tak mylne wyobrażenie. To był główny minus tej książki. Oczywiście rozumiem, że nasz świat i ich świat nieco się różni. Jest o wiele niebezpieczniejszy, praktycznie większość z nich nie przeżywa, więc negatywne emocje kiełkują się w nich od małego, lecz niektóre rozdziały były przesadzone.

Głównym plusem powieści, to przedstawienie samej istoty Wezwania. Szaroziemia została opisana w najmniejszych szczegółach. Aż sama słyszałam przerażające wrzaski, czułam, unoszący się w powietrzu smród i traciłam siły podczas nieustającego biegu. Zmagania uczniów śledziłam z zapartym tchem. Gdzieś z tyłu głowy pojawiała się myśl: Co ci cholerni Sidhe tym razem wymyślą? Z każdą nową torturą, otwierałam buzię ze zdziwienia. Nieważne jak okrutnie to brzmi, podobało mi się to, co czytałam. W tamtym świecie nie obowiązywały żadne zasady, należało uważać na nawet malutkie postacie, które potrafiły wyrządzić niewyobrażalną krzywdę. Pozostałości po ludziach, robienie z nich psów i koni, było makabryczne, lecz taka właśnie jest ta książka. W pewnym sensie to obrzydliwe, jednak kompletnie mi to nie przeszkadzało, a wręcz sprawiało radość. Pokazano coś, czego nigdzie indziej nie znajdziemy.

Reasumując, nie była to najlepsza lektura, jaką miałam okazję przeczytać. Posiadała minusy, jak i plusy. Autor pracuje teraz nad drugim tomem, po który chętnie sięgnę. Jednak do pierwszej części z pewnością nie wrócę. Nie jest to pozycja, która wywołała we mnie same pozytywne odczucia. Nie polecam jej młodszym i osobom o słabych nerwach. Nie potrafię wystawić jednoznacznej oceny, dlatego opinię pozostawię Wam. Pozdrawiam serdecznie i do następnego! ✋

niedziela, 7 stycznia 2018

"Z popiołów" Martyny Senator, czyli przyjemna lektura na jeden wieczór 💙


 
zdjęcie: http://www.bookparadise.pl

"Z POPIOŁÓW" MARTYNA SENATOR
Przeszłość Sary determinuje jej teraźniejszość. Dziewczyna zmaga się z zranieniem sprzed lat, przez co nie potrafi się już zakochać. Nie dopuszcza do siebie chłopaków, nie nawiązuje nowych znajomości. Jednak na jej drodze staje Michał. Przypadkowe spotkanie wywraca rzeczywistość studentki do góry nogami. Stopniowe przesuwanie swoich granic może uleczyć nieszczęśliwą duszę. Dwójka ludzi, parę tajemnic, odkrywanie siebie od nowa. Miłość jest piękna, lecz najpierw trzeba się na nią otworzyć. Opowieść o tym, co naprawdę ważne z muzycznym wątkiem w tle.

Książkę mam na swojej półce od niedawna, ale przeczytać chciałam ją już od jakiegoś czasu. Wspieranie polskich autorów weszło mi w krew, dlatego pierwszą pozycją, którą udało zakończyć mi się w nowym roku jest właśnie tytułowa powieść. Wcześniej przesłuchałam piosenkę, która została nagrana na potrzeby tej historii. Bałam się, że będzie to podróbka "Maybe Someday", ale na szczęście Martyna Senator tylko delikatnie zainspirowała się Colleen Hoover. Ten fakt kompletnie mi nie przeszkadzał, bo oprócz muzyki te dwie książki nie miały ze sobą nic wspólnego. Cóż, autorka ma zdecydowanie przyjemny styl pisania, który trafia do każdego czytelnika. Czyta się szybko, praktycznie jeden wieczór wystarcza na zapoznanie się z tą pozycją. 

Sama fabuła nie wzbudza u mnie zachwytów. Dość przewidywalna i schematyczna, ale potrafiłam się przy niej dobrze bawić. Prawdę mówiąc pragnęłam niezobowiązującej lektury, która pobudzi mój zmysł czytelniczy. Potrzeba wertowania kolejnych stron wróciła, za co jestem niezwykle wdzięczna. Brakowało mi jednak nieco akcji. Oczywiście, nie powinnam oczekiwać od tego typu powieści wybuchów, pościgów i opisów walk (choć tego ostatniego mogliśmy zasmakować), lecz miałam wrażenie, że w pewnych momentach stoimy w miejscu. Bohaterowie w kółko robili to samo - dom, pub, trening, spotkanie, dom. Wpadli w rutynę, a czekanie na coś ekscytującego trwało w nieskończoność. Jednak nie jest to kryminał, fantasy czy horror, więc rozumiałam, że jest to zwykła historia o zwykłych ludziach i ich problemach. W każdym razie dotrwałam do końca i byłam usatysfakcjonowana.

Jeśli chodzi o głównych bohaterów - są w porządku. Sarę odbieram neutralnie. Nie denerwuje mnie, ale też nie sprawia, że ją uwielbiam. Ot taka główna bohaterka nie wzbudzająca żadnych emocji. Z Michałem było nieco lepiej. W pewnym stopniu polubiłam go, czasem mnie rozśmieszał. Jednakże najdziwniejsze jest to, że to perspektywa Sary wydała mi się bardziej interesująca. Miała w końcu jakąś tajemnicę, której długo nie chciała zdradzić. Od czasu do czasu wyjawiała pewne niuanse, co tylko rozbudzało naszą ciekawość. Za to Michał grał z nami w otwarte karty. Szybko poznaliśmy jego sytuację rodzinną i perypetie z byłą dziewczyną. Bohaterowie poboczni mogliby dla mnie nie istnieć. Są zapychaczami, bo w końcu muszą istnieć też inne osoby niż wyłącznie główne postacie. Kaśka, Ada, Patryk, Kuba, mogłabym tak wymieniać imiona, lecz żadne tak naprawdę nie ma większego znaczenia. Po prostu są tłem dla całej historii. Trochę żałuję, że nie ma takiej osoby, nawet pobocznej, która byłaby z jajem, ożywiła całą opowieść, pośmiała się i podenerwowała innych, lecz zarazem wszyscy by ją lubili. No cóż, pomarzyć można. Patrząc na tę sytuację pozytywnie - nie było nikogo, kogo z chęcią bym zabiła, więc to o czymś świadczy. Także tytuł najlepszej postaci definitywnie dostaje Michał.

Świetnym zabiegiem, przynajmniej w moim przekonaniu, jest wplatanie do tekstu tytułów filmów, piosenek, seriali i nazwiska sławnych osób. Nadaje to realizmu oraz czujemy tę dziką satysfakcję, kiedy kojarzymy którąś z tych rzeczy. Mamy wtedy w głowie: "O, ten film faktycznie był dobry", "Też płakałam na śmierci Mufasy" bądź "Ech, nie lubię tej piosenki". I nie, nie płakałam na śmierci Mufasy #człowiekbezuczuć.

Martyna Senator wydaje mi się ciekawą autorką. Nie jest to jej debiut, bo ma kilka książek na swoim koncie. Z przyjemnością jeszcze raz sięgnę po jej twórczość, ponieważ mimo tych wszystkich rzeczy, które mi przeszkadzały, było też wiele, które totalnie mi się podobały. Przykładem jest jej styl,  który w pewien sposób mnie urzekł. Jest prosty, ale mnie to odpowiada. 

Podsumowując, całość dla mnie jest w porządku. Czytając swoją recenzję mam wrażenie, że wyszła jakbym była niezadowolona, ale to nieprawda. Lubię młodzieżowe książki. Trochę przypominają mi fanfiction, jednak ja mam do nich sentyment i zawsze będę do nich wracać. Tak samo do tej książki. 

POLECAM!

czwartek, 4 stycznia 2018

Najlepsze i najgorsze książki 2017 roku 😏

Witam wszystkich w mojej pierwszej notce. Ja jestem Weronika i dzisiaj przychodzę do Was z książkowym podsumowaniem 2017 roku. Postanowiłam, że w taki sposób rozpocznę swoje blogowe życie. Kolejne posty będą dotyczyły recenzji książek, które będę czytać w 2018. Stwierdziłam, że taka tematyka najbardziej się przyjmie, a rozpoczęcie OD KSIĄŻKI STRONY wyjdzie w huczny sposób. Jednak na początek chciałabym życzyć Wam wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Mam nadzieję, że Wasze marzenia się spełnią, będziecie realizować wszystkie wyznaczone cele i wokół siebie zgromadzicie wspierające Was osoby. Teraz przejdziemy do najlepszych książek, które przeczytałam w 2017. Nie są to koniecznie pozycje, które wyszły w poprzednim roku. Po prostu miałam trochę do nadrobienia starych powieści, więc znajdą się tutaj książki, które mogliście przeczytać parę lat temu. Są one ustawione w przypadkowej kolejności. Zapraszam do czytania!

NAJLEPSZE KSIĄŻKI:

Seria "Czaroziemie" S. Dennard
zdjęcie: http://readers-trail.blogspot.com/2017/06/najpiekniejsze-ksiazkowe-okadki-w.html

Pierwszą część kupiłam, ponieważ słyszałam o niej dużo dobrego. Natomiast drugą dostałam w prezencie. Choć początkowo nie mogłam wkręcić się w te powieści, później pokochałam je z całego serca. Gdy zaczynamy rozumieć poszczególne słowa, całość staje się przyjemniejsza w odbiorze. Główne bohaterki są tak dobrze wykreowane. Razem tworzą świetną całość. Jedna nie może istnieć bez drugiej. Wiele osób twierdzi, że nie potrafi wybrać pomiędzy nimi, lecz w "Wiatrodzieju" moją sympatię w większym stopniu zdobyła Iseult. Jej sposób bycia, lojalność i inteligencja mnie oczarowała. Aczkolwiek Safi również zasługuje na oklaski. Ma niezwykły dar, którego prawdę mówią ani trochę jej nie zazdroszczę. "Prawdodziejka" spodobała mi się bardziej niż jej kontynuacja. Czekam na dalsze części. Magiczna historia, niesamowicie przedstawiony świat i mój nowy mąż, który przyćmiewa wszystkich innych książkowych crashów. Jestem zachwycona!

"Indeks szczęścia Juniper Lemon" J. Israel
zdjęcie: https://aksiazka.pl/produkt-327501,indeks-szczescia-juniper-lemon

Czas na powieść jednotomową, których ostatnimi czasy czytam znacznie mniej niż serii. Jednak ta książka była na tyle dobra, że musiałam ją tutaj umieścić. Uważam, że jest trochę niedoceniana, dlatego mam nadzieję, iż dzięki temu więcej osób się o niej dowie i przeczyta. Jest ona z perspektywy nastolatki, która musi się pozbierać po stracie starszej siostry. Może to właśnie ten wątek do mnie przemawia, bo sama posiadam rodzeństwo i uważam, że nie byłabym na tyle silna, co Juniper. Ta książka pokazuje nam, że czasem nie warto grzebać w cudzych śmieciach - dosłownie i metaforycznie. Przyjemny styl pisania, nie musimy się aż tak skupiać na przekazywanej treści, co w "Prawdodziejce". Ludzkie problemy i ludzkie rozwiązania. Wydaje się, że to nic ciekawego, ale po przeczytaniu tej lektury czułam się trochę inaczej. Mamy nieco humoru, ale też wiele łez. Do tego pojawiają się co parę rozdziałów dodatki w postaci np. listów, notatek, rzeczy, które kochamy w walentynkach czy fiszek z indeksu głównej bohaterki, co tylko urozmaica czytanie. Zdecydowanie polecam.

Seria "Kwiat paproci" K. B. Miszczuk
zdjęcie: http://kochajmy-ksiazki.blogspot.com/2017/09/na-skroty-sierpien-2017.html

W tym rankingu nie mogło zabraknąć również polskiego akcentu, ponieważ od pewnego czasu wspieram rodowych autorów. Jednak te książki nie znalazły się w tym zestawieniu tylko ze względu na pochodzenie Pani Miszczuk. Z czystym sumieniem uważam, że ta seria przebija niektóre zagraniczne, którymi zachwyca się cały świat. Alternatywa Polski, mitologia słowiańska, dziewczyna z przeznaczeniem i przystojny mężczyzna w dodatku! Czego chcieć więcej? Choć Gosława z początku działała mi na nerwy, w kolejnych częściach przechodzi przemianę i staje się zjadliwa. Strzygi, wąpierze, topielce, rusałki, południce... Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Nadprzyrodzone istoty są wokół nas i główna bohaterka z każdym dniem przekonuje się o tym coraz bardziej. W całej tej historii zdarzają się totalnie denerwujące postacie, ale niektóre z nich są epickie. Humor w poszczególnych momentach powala na kolana, czujemy też narastające pożądanie między pewnymi osobami, a także miłość oraz nienawiść. Z niecierpliwością czekam na kolejną część, czyli "Przesilenie". Jeśli macie obawy przed kupnem tej serii, to POZBĄDŹCIE SIĘ ICH! Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam i polecam!

Myślę, że te trzy pozycje zasługują na wyróżnienie, lecz trzeba również powiedzieć parę słów o książkach, które niekoniecznie przypadły mi do gustu. Czas na hejtowanie.

NAJGORSZE KSIĄŻKI:

"Coś, o czym chciałam ci powiedzieć" A. Munro
zdjęcie: http://www.empik.com/cos-o-czym-chcialam-ci-powiedziec-munro-alice,p1102990402,ebooki-i-mp3-p
Czyli coś, po co nigdy nie powinniście sięgać. Zbiór trzynastu opowiadań, które tak naprawdę nie wniosą nic do Waszego życia, a po prostu zabiorą cenny czas. Mam w zwyczaju kończyć to, co zaczęłam, lecz gdyby moje przyzwyczajenia nie były tak silne, to z pewnością rzuciłabym tę książkę w kąt i nie pozwoliła na to, aby ujrzała światło dzienne. Czekałam na piękne historie o przebaczeniu, miłości, relacjach damsko-męskich oraz starości i przemijaniu, a dostałam kiepskie historyjki, które mnie nudziły. W niektórych częściach nie mogłam się skupić na tym bełkocie. Wyjątkowo znośne było "Przebaczenie w rodzinie" i "Hiszpańska dama". Reszta - szkoda słów. Nigdy nie wrócę do tej pozycji. Następnym razem nie skuszę się na książki z Polomarketu za 10 zł. Czasem nie warto patrzeć na niską cenę.

"Strażnicy światła" A. Geni
http://illuminatio.pl/produkt/straznicy-swiatla/
Sięgając po ''Strażników Światła'' nie oczekiwałam w sumie niczego. Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej książce, kupienie jej było impulsem. Jednak czytając tę historię, zagłębiając się w nią coraz bardziej, czułam, że to nie jest to. Uważam, że autorka ma dobry styl, tworzy naprawdę piękne opisy, umie oddawać emocje, tworzy coś niesamowitego, ale - no właśnie jest jakieś ale - mimo wszystko sama fabuła jest dość kiepska. Thriller to z pewnością nie jest, nie czułam żadnego niepokoju, napięcia. Prawdę mówiąc opisy Wysp nieco mnie już nużyły. Miałam wrażenie, że w kółko czytam to samo. To prawda, były czasami zwroty akcji, ale trwały dosłownie parę minut, z niczym to się praktycznie nie łączyło. Nie było punktu kulminacyjnego. Zbliżając się do końca książki byłam zawiedziona. Te właśnie kilka zwrotów akcji były wyciśnięte na siłę. Gdyby nie epilog, całość byłaby jeszcze gorsza. Tylko ON w pewnym stopniu uratował tę całą historię.

"Gniazdo" C. D. Sweeney
http://www.wydawnictwoznak.pl/ksiazka/Gniazdo/7534
I teraz czas na coś, co pomimo pięknej okładki, może być złe. Nie tak bardzo jak jej poprzedniczki, ale nadal. Autorka ''Gniazda'' rozpoczyna swoją powieść od ogromnego zdania, które musiałam czytać trzy razy. Analizowałam czy gdzieś nie zgubiłam kropki. Niestety nie. Aczkolwiek to mnie nie odrzuciło. Oczekiwałam książki z humorem, bo to głosiła okładka. Przez całą powieść nie uśmiechnęłam się ani razu, nie wydałam z siebie chichotu. Nie mogłam długo wciągnąć się w tę opowieść, ale w końcu polubiłam niektórych bohaterów. Podsumowując wszystko nie byłam zadowolona, wręcz rozczarowana. Wiem, że wielu osobom ta historia się podoba. Może nie jest najgorszą książką, jaką udało mi się przeczytać, ale nie darzę ją sympatią. Od razu się jej pozbyłam - oddałam siostrze. Nie polecam jej, ale też nie nienawidzę.

Tym akcentem kończymy moje podsumowanie 2017 roku. Mam nadzieję, że pierwszy post nie był aż taki zły i postanowicie zostać ze mną trochę dłużej. Niedługo powinna pojawić się pierwsza recenzja. Czekam na komentarze. Podzielacie moje zdanie? Czy może sądzicie o tych książkach coś zupełnie innego? Zapraszam do dyskusji i zaobserwowania mojego bloga. Pozdrawiam serdecznie!
Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.