Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty

16:09

„Żniwiarz: Trzynasty Księżyc” – Paulina Hendel | Recenzja + tłumaczę się

„Żniwiarz: Trzynasty Księżyc” – Paulina Hendel | Recenzja + tłumaczę się

Od przeczytania poprzedniej części („Żniwiarz: Czerwone Słońce”), minęło dość sporo czasu. Początkowo miałam niemały problem z poprzypominaniem sobie kto kim jest. Nie da się ukryć, że imion pojawia się tutaj naprawdę wiele, a niewnoszące nic do fabuły postacie wciąż przeplatają się ze sobą. Jednak nie to jest tutaj najważniejsze. Przy pierwszym tomie Ż n i w i a r z a byłam naprawdę zainteresowana i zadowolona, przy drugim nieco się zawiodłam, a przy tym nic się nie zmieniło. Nadal klapa. To znaczy, jestem mniej zawiedziona niż ostatnio, gdyż po prostu nie miałam żadnych oczekiwań, tak jak w przypadku Czerwonego Słońca. Ale i tym razem dostałam mnóstwo zapychaczy, nieciekawych wątków, opisów walk, które były aż do bólu przewidywalne. Naprawdę tak poprowadzona historia sprawia, że mam ochotę porzucić tę serię i do niej nie wracać. Powoli szkoda mi pieniędzy na coś, czego czytanie mnie męczy. I oczywiście po gwiazdkach (5/10 na lubimyczytać.pl) nie można zauważyć mojego wielkiego rozczarowania, bo nie twierdzę, że ta książka jest zła. Nie. Czytałam o wiele gorsze pozycje. Paulina Hendel ma naprawdę dobry styl pisania, czyta się to lekko, ale mam wrażenie, że potencjał na tę opowieść jest o wiele większy, a dostajemy tylko ledwo muśnięte wątki. Nie czuję więzi z żadnym bohaterem. Nie byłoby mi przykro, gdyby któremuś coś się stało. No dobra, może oprócz Aleksa. Ten dzieciak jest naprawdę świetny i jego wątek był chyba jednym, który mnie chociaż na chwilę wciągnął. Końcówka też była dobra, ale jeśli przez 350 stron umieram z nudów, aby poczuć tylko dreszczyk emocji na ostatnich 100, to chyba jednak jest coś mocno nie tak. Żeby była jasność – rozumiem jeśli komuś się to podoba, ale naprawdę czuję się zawiedziona, bo po pierwszym tomie miałam większe oczekiwania. Zresztą, jestem na takim etapie w swoim życiu, że czytając książki dostrzegam sporo błędów logicznych lub po prostu niespójnych momentów. I w Trzynastym Księżycu również znalazłam kilka takich potknięć. Przyznaję, były to głupotki, których przeciętny czytelnik mógłby nie dostrzec. Po prostu wszystkie te niespójności razem wzięte, sprawiają, że moja ocena leci automatycznie w dół. Końcówka była na tyle interesująca, że nie porzucę tej serii, ale jeśli nic się nie poprawi, to niestety, ale kolejna ocena będzie już znacznie niższa.

„Cudnie – pomyślał Waldemar. Alkoholik, schizofrenik i kibol na tropie demona... Brzmi jak początek kiepskiego dowcipu.”

Nie mogłabym nie wspomnieć o poczuciu humoru bohaterów. Cóż, dla mnie balansuje na granicy zażenowania i cringu. Może to ze mną jest coś nie tak, ale żarty lub sceny komediowe napisane przez panią Hendel to jakaś abstrakcja. Kompletnie do mnie nie trafiają, nie śmieszą, nie odpowiadają. Ach, znowu odzywa się we mnie ta krytyczna strona, ale niestety nic na to nie poradzę. A Wy czytaliście już tę książkę? Jak Wasze wrażenia? Zapraszam do dyskusji w komentarzach!

5/10

Nadszedł ten moment, w którym muszę się troszkę wytłumaczyć. Nie było mnie tutaj naprawdę kupę czasu. Z dnia na dzień dopadła mnie po prostu niechęć do czytania. Zastój czytelniczy mam na dobrą sprawę do teraz, ponieważ nie wróciłam do dawnej formy. Nie czytam tak wiele, jak wcześniej. Zaczynam na nowo raczkować w tym książkowym świecie. Idzie mi coraz lepiej i chyba powrót tutaj napędza mnie jakąś niewidzialną siłą i zachęca do czytania. Dzielenie się opinią sprawia mi radość, więc można to nazwać moją kuracją. Nie obiecuję, że będę tutaj regularnie, bo to nigdy się nie sprawdza. Ten blog to dla mnie odpoczynek, dobra zabawa. I nie oczekuję tłumów, ale jeśli macie choć chwilkę czasu, to będzie mi miło jeśli znów tu zagościcie. Moje stare posty zostały trochę poprawione [mały update, jednak nie zdążyłam tego zrobić, ale wkrótce się za to wezmę], ale generalnie nic się nie zmieniło. Na koniec tylko dodam, że cieszę się, że znów tu jestem. 

Za zdjęcia dziękuję Mateuszowi z blueobjectglass. Wchodźcie na jego instagrama!

Trzymajcie się ciepło i do następnego! 💓

08:00

"Żniwiarz: Czerwone słońce" - Paulina Hendel | Recenzja

"Żniwiarz: Czerwone słońce" - Paulina Hendel | Recenzja
Myślę, że ta recenzja skierowana jest przede wszystkim do osób, które przeczytały pierwszą część Żniwiarza, gdyż mogą pojawić się spoilery z Pustej nocy. Słowem wstępu: najbardziej rozczarowująca kontynuacja serii, jaką przeczytałam w tym roku i kiedykolwiek. Zapraszam do dalszej lektury!

Po ostatnich perypetiach Magda wraca do życia w innym ciele, zmienia się również jej charakter… Razem z Feliksem chcą odszukać i unicestwić Pierwszego, najbardziej niebezpieczną istotę z jaką przyszło im się mierzyć. Gdy trafiają na Mateusza, który po wydarzeniach z poprzedniego roku wyprowadził się z Wiatrołomu, we troje wyruszają na poszukiwania zaginionego żniwiarza. A na świecie z niewiadomych przyczyn pojawia się coraz więcej nawich.​
"– Nie mogłaś zostać żniwiarzem – szepnął.
– A jednak. Dla chcącego nic trudnego. I mam nawet tatuaż, wiesz?"
Czerwone słońce zapowiadało się naprawdę dobrze. Dostaliśmy intrygującą końcówkę, więc Paulina Hendel w drugiej części miała szerokie pole do popisu. Niestety, ale nie wykorzystała swojej szansy i stworzyła coś, co w rzeczywistości nie posiadało w sobie ani krzty akcji. Oczywiście, kilkukrotnie otrzymywaliśmy opisy zabijania kolejnych demonów, które dręczyły ludzi na terenie Polski, ale według mnie były to tylko zapychacze, mające ukryć, że nic się nie dzieje, a fabuła swoi w miejscu. Uzyskaliśmy piętnaście długich rozdziałów, polegających wyłącznie na spotkaniach Feliksa, Magdy i Mateusza, którzy od czasu do czasu pokonali bezkosta, spaleńca czy zmorę. Och, ileż emocji, prawda? Nie.

Nie zapominajmy o wątku pani Janiny i jej dwóch wnuków-karków. Podejrzewam, iż miał być to wątek komediowy. Cóż, kompletnie nie wyszedł, ale śmiałam się. Śmiałam z zażenowania. Teksty, które dzieci z podstawówki używały dziesięć lat temu, irytujące dialogi i żenujące sytuacje – tak wyglądały fragmenty poświęcone tej trójce. Nie wierzę, że autorka napisała takie momenty i co gorsza, ujrzały one światło dzienne. W końcówce nawet przyzwyczaiłam się do Sebastiana i Adriana (Seba i Adi, nadal bawią mnie te imiona, ponieważ idealnie pasują do braci-ziomeczków spod bloku), czego nie mogę powiedzieć o Magdzie. Co się stało z tą postacią, to tylko Pan Bóg wie. I niewątpliwie autorka. Rozumiem jej przemianę, bowiem zmieniła ciało, a jego poprzednia właścicielka miała wybuchowy charakter, ale bez przesady. Drażniła mnie na każdym kroku, jej decyzje były po prostu głupie. Chciała pochwalić się swoją sprawnością w likwidowaniu nawich, lecz nie wychodziło jej to. W myślach krzyczałam na nią, aby się ogarnęła. Nie zrobiła tego. Trzy razy nie dla nowej Magdaleny Wojny.
"– [...] sądzi, że ukradliśmy cały majątek jej siostry, łącznie z rodową, srebrną zastawą.
– Ale my nigdy nie mieliśmy rodowej...
– Przecież wiem!"
Jeśli jesteśmy już przy bohaterach, to jedynie mogę pochwalić Mateusza. On także się zmienił, ale raczej na lepsze. Mimo chłodu, jakim wszystkich obdarzał, to przekonuje mnie do siebie. Jego kuzyn również jest w porządku. Drzemie w nim trochę takiej niewinności, ale mi się to podoba. Feliks jak to Feliks. Nic nadzwyczajnego. Nie działał mi na nerwy. Chociaż tyle. Reszta stanowi tylko tło dla całej historii, więc wypowiadanie się o nich jest stratą czasu.

Ogólnie rzecz biorąc, moim zdaniem Czerwone słońce przypomina mi wielki prolog, czyli liczący ponad czterysta stron wstęp do Trzynastego księżyca (trzeciej części serii). Stwierdzam to całkiem poważnie. Tutaj nic się nie działo. Dopiero jakieś ostatnie dwa rozdziały sprawiły, że lekko się zainteresowałam. Dowiedzieliśmy się parę rzeczy i główna akcja dopiero się potoczy. Tylko ta myśl trzyma mnie przy postanowieniu skończenia trylogii. Jednakże nadal jestem rozczarowana. Pusta noc nie była wybitnym dziełem, ale zawiesiła poprzeczkę dosyć wysoko. Gdyby poprzedni tom był nieco gorszy, to może nie zawiodłabym się tak bardzo, ale przez to moja ocena gwałtownie spadła.

Nie ma co podsumowywać. W recenzji wyraziłam się dosyć jasno. Czułam się jakbym czytała o niczym. Wciąż czekałam na rozkręcenie fabuły, po czym zorientowałam się, że za chwilę skończę całą książkę. Było źle. I tyle. Czytaliście Źniwiarza? Jaka jest wasza opinia? Podzielcie się ze mną, bo nie wiem czy tylko mi się nie podobało. A tymczasem trzymajcie się i do następnego! 😍

10:00

"Dwór cierni i róż" - Sarah J. Maas | Recenzja

"Dwór cierni i róż" - Sarah J. Maas | Recenzja
Do tej recenzji podchodziłam kilka razy, gdyż nie umiałam jej rozpocząć w sensowny sposób. Przede wszystkim powinniście wiedzieć, że o "Dworze cierni i róż" słyszałam wielokrotnie bardzo dobre opinie, więc moje wymagania wzrosły do naprawdę wysokiego poziomu. Czy autorce udało się spełnić moje oczekiwania? Cóż, prawdę mówiąc, to nie do końca. Zapraszam do czytania!

Na barkach Feyry spoczywa los jej ojca oraz dwóch starszych sióstr. To ona jest żywicielem rodziny, opiekuje się nimi i dba o ich bezpieczeństwo. Gdy wyrusza do lasu na polowanie, zapuszcza się w pobliże muru, oddzielającego świat ludzki od Prythianu, w którym zamieszkują magiczne istoty. Na jej drodze staje ogromny wilk. Feyra od razu go zabija, nie spodziewając się, że jest on jednym z fae. Wkrótce w drzwiach jej chaty zjawia się Tamlin, pochodzący z Wysokiego Rodu. W postaci złowrogiej bestii, żąda zadośćuczynienia za ten czyn. Dziewczyna musi wybrać – zginąć w nierównej walce lub udać się razem z Tamlinem do Prythianu i spędzić tam resztę swoich dni. Jak potoczą się dalsze losy Feyry?
"- Ciesz się swoim ludzkim sercem, Feyro. Żałuj tych, którzy nie czują już nic."
Kilka pierwszych rozdziałów nudziło mnie na tyle, że musiałam odkładać książkę i wracałam do niej następnego dnia. Brakowało mi w niektórych momentach sensu, bohaterowie niesamowicie mnie drażnili, a cały ten pomysł na sprowadzenie Feyry do Prythianu wydawał mi się niedorzeczny. Uważałam, że wymyślenie Traktatu i takiego wpisu, było tylko kiepską koncepcją na dostarczenie głównej postaci do magicznej krainy. Do tego wieczne niezadowolenie tejże dziewczyny, doprowadzało mnie na skraj cierpliwości. Przecież powinna być wdzięczna. Mogła umrzeć, a dostała drugą szansę, gdzie miała co jeść, mogła się wyspać, nie musiała już o nikogo dbać, nie była niewolnikiem, robiła co chciała. W dodatku jej rodzina też dostała wynagrodzenie. A ona mimo tego pozostawała opryskliwa, niemiła i wciąż opracowywała plan ucieczki. Dobrze, rozumiałam, że tęskniła za bliskimi, ale w rzeczywistości każde z nich miało teraz lepiej. Nie można być aż takim egoistą!

Na szczęście po jakimś czasie fabuła potoczyła się w innym kierunku, sprawiając, że moje zadowolenie powoli wzrastało. Wątpliwości i nieprawidłowości zaczęły się wyjaśniać, a ja pojęłam, że to właśnie tak miało być. Elementy układały się w całość, czego kompletnie się nie spodziewałam. Bohaterowie też wyrabiali się z rozdziału na rozdział. Tamlina polubiłam, ponieważ wydaje się taki milutki. Nie wiem skąd przyszło mi to określenie, ale inaczej nie potrafię go sklasyfikować. Lucien zdecydowanie przypadł mi do gustu. Sarkastyczny, robiący trochę po złości Feyrze, lecz to właśnie było w nim najlepsze. Poza tym nie był idealny jak większość fae. Miał szpecące go blizny, które nadawały mu charakteru. Rhysand, hm... Ten pan niewątpliwie zdobył moją sympatię. Bije od niego coś takiego, że nie mogę myśleć o nim źle. Chociaż czasem jest niesamowitym dupkiem. A Feyra jak to Feyra. Nie przekonała mnie, jednakże pod koniec przechodzi przemianę. Nie mam ochoty jej już ukatrupić. Więc to chyba dobrze, prawda?
"- Czy nie sypiasz nocami, aby przygotować sobie świeży zapas ciętych ripost na kolejny dzień?"
Nie mogłabym nie wspomnieć, że do przeczytania zmusiła mnie moja koleżanka Zuzanna, którą z tego miejsca chciałabym pozdrowić (tak, wiem, że to czytasz). Gdyby nie ona pewnie jeszcze przez długi okres nie tknęłabym pierwszego tomu serii, choć na mojej półce są już wszystkie trzy. Codzienne pytania: "Jak tam Dworki?", "Na którym jesteś rozdziale?", "Ile ci zostało?" bardzo mnie motywowały. Dzięki wielkie! Przez to też nie skreśliłam tej trylogii, ponieważ doszły mnie słuchy, że dalsze części są ciekawsze i dzieje się w nich naprawdę sporo. Chyba to mnie najbardziej zachęca do sięgnięcia po kontynuację.

Zapomniałam zaznaczyć, że "Dwór cierni i róż" jest na podstawie "Pięknej i bestii". Podobają mi się motywy z baśni we współczesnych dziełach. I mimo że Feyrze brakuje do zaczytanej Belli (bowiem sama nie potrafi pisać i czytać), to wydaje mi się, że był to interesujący ukłon w stronę pierwowzoru.

Podsumowując, jest to pozycja, która nie była taka, jaką ją sobie wyobrażałam. Oczekiwałam czegoś znacznie lepszego, ale nie twierdzę, że ta książka była zła. Po prostu nie tak dobra jak myślałam. Jednak nie zamierzam was zniechęcać, bo może wam bardziej przypadnie do gustu. Po kolejne tomy sięgnę, ale jeszcze nie mam pojęcia kiedy. Chciałabym was tylko ostrzec, że dopiero po ponad stu dwudziestu stronach historia się rozkręca. Nie zrażajcie się początkiem, bo koniec akurat był niezły. Trzymajcie się i do następnego ✋

15:50

"Czas żniw" - Samantha Shannon | Recenzja

"Czas żniw" - Samantha Shannon | Recenzja
Tę serię chciałam rozpocząć już dawno temu, bowiem słyszałam o niej wiele dobrego. Nadszedł ten moment, kiedy mogę powiedzieć, że nareszcie udało mi się to zrobić. Pierwszy tom mam już za sobą i z chęcią opowiem wam o nim trochę więcej. Z radością stwierdzam, że ta recenzja będzie należeć do pozytywnych.

Mamy rok 2059. Dziewiętnastoletnia Paige to unikat. Posiada dar jasnowidzenia, jednak nie jest tylko wróżem, czytającym z kart czy igieł. Jest sennym wędrowcem. W jej świecie zdradą jest już sam fakt, że oddycha. Dziewczyna pracuje w kryminalnym podziemiu, aby chronić się przed Sajonem, który uważa takich jak ona za chorych. Splot niefortunnych zdarzeń sprawia, że Paige zostaje porwana przez starożytną rasę Refaitów, prowadzących od dwustu lat kolonię karną dla wszelkiego rodzajów jasnowidzów. Ład, dyscyplina, zasady. Blada śniąca trafia pod opiekę tajemniczego Naczelnika, który od teraz jest jej panem, a zarazem naturalnym wrogiem. Aby odzyskać wolność, musi dostosować się do reguł panujących w miejscu, w którym została przeznaczona na śmierć.
"- Rozmawiamy dopiero od dziesięciu minut, Paige. Postaraj się nie wyczerpać całego swego sarkazmu na jednym wydechu."
Przed przystąpieniem do lektury kilku znajomych oraz recenzentów nieco mnie przestraszyło początkiem, twierdząc, że jest niezwykle trudny to zrozumienia, że przez pierwsze sto stron ledwo dajemy radę. Na szczęście nie było tak źle. Z czystym sumieniem przyznaję, iż pierwszy rozdział był skomplikowany, aczkolwiek wstęp do książki fantasy nigdy nie należy do najprostszych, lecz dalej jest już o wiele lepiej. Oczywiście, sięgałam po słowniczek, który znajduje się na ostatnich stronach, aby przypominać sobie, co oznaczają poniektóre nazwy, zerkałam na mapę oraz do innych notatek, lecz były to czynności rzadko wykonywane. Sporo pojęć rozszyfrowałam sama, domyśliłam się z kontekstu. Nie mówię, że kilka nie sprawiło mi trudności, ale też bez przesady. Nie wiem jak wy odbierzecie rozpoczęcie książki, bo to sprawa indywidualna, jednakże ja nie wspominam go wcale aż tak źle. Jeśli zaś chodzi o wcześniej wspomniany słownik, to uważam, że warto by było dodać do niego rozwinięcie paru ważnych skrótów, które po kilkudziesięciu stronach gdzieś mi ulatywały.

Fabuła, jak i jej rozwinięcie, zachwyciła mnie. Wykreowany świat jest naprawdę intrygujący i dopracowany w najmniejszych szczegółach. Nie było chyba momentu, który był nudzący lub niewzbudzający zainteresowania. Cały czas chciałam się dowiedzieć o dalszych losach Paige i innych postaci, które trafiły do mojego serca. Sam pomysł jest genialny, przedstawione wydarzenia spodobały mi się. Wątki dotyczące jasnowidzenia, wkradania się do czyjegoś umysłu, wędrowania po sennym krajobrazie, łączenia się z zaświatami oraz przywoływania duchów ciekawiły mnie, gdyż uwielbiam taką tematykę. Autorka opisała to w łatwy do pojęcia sposób, przez co całość wydawała się niesamowicie interesująca. Zachłysnęłam się tą historią, pochłonęła mnie na dłuższy okres.
"- Nie jesteś niemową - powiedział. - Odezwij się.
- Myślałam, że nie mam prawa odzywać się bez pozwolenia.
- Zezwalam ci. 
- Nie mam nic do powiedzenia."
Paige przypadła mi do gustu. Pod względem odwagi, lojalności i takiego poczucia postępowania w właściwy sposób, przypomina mi Penrym z "Angelfall" Susan Ee, którą darzę wielką sympatią. Jednak nasza bohaterka różni się tym, że jest bardziej harda, niewątpliwie sarkastyczna i potrafiąca postawić na swoim. Jej teksty były w punkt. Sposób w jaki traktowała Refaitów był godny podziwu. Kiedy inni trzęśli się ze strachu albo przechodzili na ich stronę, ona potrafiła się im sprzeciwić. Analizowała otaczającą ją przestrzeń, ufała tylko niektórym i nie zamierzała wydawać swoich przyjaciół. Kłamała na ich temat tak długo jak mogła. Zdecydowanie polubiłam również Juliana, Nicka, Liss, Davida oraz Arcturusa. Przy ostatniej postaci chwilę się zatrzymamy. Jego kreacja była wprost genialna. Przekonał mnie do siebie od razu. Czekam na więcej momentów z tym panem. Poza tym uważam, że najlepsze romanse rozpoczynają się albo od opatrzenia ran swojemu wrogowi, albo darowania mu życia. Czas na ocenę końcową.

Podsumowując, "Czas żniw" to bardzo dobra książka. Jestem jak najbardziej na tak. Przyznam, że to jedna z trudniejszych recenzji, jaką napisałam, ponieważ nie do końca wiedziałam, co chcę przekazać. Ta pozycja podobała mi się, ale nie potrafiłam odpowiednio ubrać w słowa swoich myśli. Jednak mam nadzieję, że chociaż w pewnym stopniu zachęciłam was do sięgnięcia po tom pierwszy. Polecam z całego serca. Moja przygoda z tą serią dopiero się rozpoczęła, ale z pewnością szybko nie skończy. Trzymajcie się i do następnego 😊

07:00

"Cesarzowa kart" - Kresley Cole | Recenzja

"Cesarzowa kart" - Kresley Cole | Recenzja
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam tę książkę w Moondrive Shopie, od razu zapragnęłam ją kupić. Niestety, "Cesarzowa kart" była już niedostępna. Na szczęście po jakimś czasie ponownie mogłam ją dostać. Gdy tylko się o tym dowiedziałam, nie zastanawiałam się ani chwili. Nie przeszkadzała mi wysoka cena oraz długi czas oczekiwania. Po prostu wiedziałam, że ta pozycja może być czymś dobrym, co skradnie moje serce. Z drżącymi rękoma odpakowałam przesyłkę i zachwyciłam się przepiękną oprawą graficzną. Nie dość, że okładka prezentowała się niesamowicie, to do tego brzegi zostały pomalowane na zielony kolor. W połączeniu z czernią, liśćmi i kwiatami całość wyglądała zjawiskowo. Jednak czy oprócz designu ta książka miała do zaoferowania trochę więcej?

Początek był dla mnie bardzo niejasny. Czułam się zdezorientowana, bo autorka rzuciła nas na głęboką wodę. Od razu poznajemy Arthura, którego myśli brzmią jak jeden, wielki bełkot. Do tego używa niezrozumiałych słów. Czym jest ten Błysk, o którym ciągle mówi? Co strasznego się wydarzyło? Dlaczego wielu ludzi zginęło, jedzenia brakowało, a zwierzęta oraz rośliny poumierały? Nurtujące pytania kłębiły się w mojej głowie, a odpowiedzi wciąż brakowało. Niespodziewanie do jego domu przychodzi szesnastoletnia Evie, którą mężczyzna od razu częstuje kakao z trucizną. Dziewczyna zamierza opowiedzieć mu co przydarzyło się jej przed wcześniej wspomnianym Błyskiem, lecz przed rozpoczęciem historii, ostrzega go niepokojącym głosem:
"- Wszystko ci opowiem. Całą moją historię. Postaram się przypomnieć sobie jak najwięcej. Tylko że... Moja wersja wydarzeń niekoniecznie musi być tą prawdziwą."
Cofamy się w przeszłość o około 250 dni. Szybko dowiadujemy się, że Evie spędziła wakacje w szpitalu psychiatrycznym ze względu na wszechobecne wizje, halucynacje i niezrozumiałe sny, w których postacie z kart Tarota toczą zacięty bój, a świat zmierza ku zagładzie. Mieszka razem z mamą. Kobieta ze wszystkich sił chciałaby pomóc swojej jedynej córce w chorobie. Według rodzicielki odziedziczyła ją po babci. Mimo tego szesnastolatka wiedzie raczej dobre życie. Jest atrakcyjna, ma bogatego chłopaka, najlepszą przyjaciółkę oraz dużo pieniędzy. Wraz z nowym rokiem szkolnym do jej placówki przybywa czwórka nowych uczniów. W tym Jackson, który od razu przykuwa jej uwagę. Niedługo później dowiadujemy się czym jest ten słynny Błysk, a Evangeline jest jedną z nielicznych osób, która go przeżyje. Myślę, że na tym zakończę, bowiem boję się, że zdradzę za dużo. Żeby podsycić waszą ciekawość odniosę się jeszcze do paru wątków. Kim tak naprawdę jest Evie? Jaką rolę ma odegrać? Czy ktoś będzie w stanie jej pomóc? Talia kart została rozdana. Strzeż się każdego!

Szczerze powiedziawszy po przeczytaniu opisu spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Nie mogę powiedzieć, że jestem zawiedziona, ale też nie przyznam, że jestem w pełni usatysfakcjonowana. Przez kilka pierwszych rozdziałów bardzo się męczyłam. Mieliśmy dużo momentów ze szkoły, nastoletniej egzystencji, czyli imprez, spotkań ze znajomymi i tajemniczym Jacksonem, który nie był miłym chłopakiem z sąsiedztwa. Od razu pomyślałam, że dostałam nieciekawą opowieść młodzieżową zamiast dobrej fantastyki. Dopiero po jakimś czasie zaczęło się coś dziać, a ja powoli przekonywałam się do tej książki. I tutaj zaznaczam, że naprawdę powoli. Akcja skakała. Raz miałam wrażenie, że leci zbyt wolno, gdzie po parunastu stronach leciała zbyt szybko. Mimo to w ogólnym zestawieniu wyszło z tego coś interesującego. Wiele wątków rozwinęło się w zaskakujący sposób, a paru elementów kompletnie się nie spodziewałam. Można nazwać to książką drogi, gdyż nasi główni bohaterowie odbywają daleką podróż, która jeszcze się nie skończyła. Z wielką chęcią przekonam się jaki będzie koniec.
"Chodź, dotknij... Ale pamiętaj, że za to zapłacisz."
Najwyższa pora, aby napisać nieco więcej o moich odczuciach względem bohaterów. Nie mogę nazwać Evie irytującą postacią, choć pewnie niektórzy z was nie będą pałać do niej sympatią. Chociaż zachowuje się czasem dziecinnie, niewdzięcznie, niezdarnie i ma pretensje, kiedy powinna dziękować za to, że żyje, to gdzieś tam nawet ją polubiłam. Potrafiłam ją zrozumieć. Znalazła się w sytuacji, w której nie każdy by sobie poradził. Nie posiadała praktycznie żadnych umiejętności. Nie polowała, nie gotowała, nie była przygotowana na trudne warunki. Ale w końcu miała tylko szesnaście lat, była jeszcze dzieckiem, gdy wydarzył się Błysk. Bała się. Uważała, że była bezbronna. Do tego wizje, halucynacje. Można od tego zwariować, więc współczułam jej. Jeśli zaś chodzi o Jacksona, to tutaj bywało różnie. Na wstępie nie polubiłam go ani trochę. Wulgarny, uważający się za nie wiadomo jak przystojnego, ordynarny. Jego odzywki były na poziomie asfaltu. Aż miałam ochotę mu przywalić. Jedyną dobrą rzecz jaką wprowadzał, to wyrażenia po francusku, które sprawiły mi niemałą radość. Ale to tylko dlatego, że rozumiałam je bez tłumaczenia i czułam się przez to wyjątkowo. Traktował Evie z góry, kiedy to jego zdaniem, to ona oceniała go po okładce oraz pochodzeniu. Często denerwował się na dziewczynę, choć jej zachowanie było raczej naturalne. Nie robiła mu specjalnie na złość. Do tego ciągle powtarzał, że ma na nią ochotę. Ach, no nie, no nie, to mi się nie podobało. Później gdzieś zauważyłam jego zmianę, uwierzyłam w niego, popierałam jego czyny i kibicowałam, aby Evangeline wyjawiła mu swoją tajemnicę. A ona wciąż i wciąż tego nie robiła, więc wtedy moja złość przeszła na nią. Wzbudzali we mnie skrajne emocje, ale zdecydowanie był to plus tej powieści. 

Moim głównym zarzutem są tutaj postacie z kart Tarota, które zostały potraktowane trochę po macoszemu. Ten wątek mógł być bardziej rozwinięty, bo uważam, że przeciętny czytelnik nie ma bladego pojęcia na ten temat. A na dobrą sprawę jest to praktycznie główna część fabuły. Ku mojemu niezadowoleniu dostajemy po jednym słowie o każdej z postaci. Wiemy, że jest Łuczniczka, że jest Śmierć na koniu i tutaj zostają wymienione inne nazwy. Ale nie dowiadujemy się o nich niczego więcej. Co to oznacza? Jakie mają symbole? Czy są dobre, czy też złe? Nic, kompletnie zero informacji. Jakoś pod koniec poznajemy parę osób i Evie je opisuje, ale myślę, że powinniśmy dostać trochę więcej wiadomości od autorki. I ktoś może powiedzieć, że dostajemy o Selenie, Finnie, Matthew. Tak, to prawda, ale kiedy? Dziesięć rozdziałów przed finałem? Przecież jest ich ponad czterdzieści. Nie, ten argument do mnie w ogóle nie trafia.

Podsumowując, "Cesarzowa kart" w jakimś stopniu do mnie trafiła. Po przeanalizowaniu doszłam do wniosku, że dostaliśmy ciekawą historię, gdzie najbardziej interesująca staje się po przeczytaniu większej części książki. Wydaje mi się, że początek jest dosyć słaby, ale naprawdę dajcie szansę tej pozycji, bo możecie się mile zaskoczyć. Może moja recenzja nie brzmi pozytywnie, ale zawsze staram się wykazać błędy żeby ustrzec czytelników przed niemiłym zaskoczeniem. W końcu lepiej tak niż mielibyście się zawieść, prawda? Ale bądź co bądź bawiłam się dobrze i mogę tę książkę polecić. A tymczasem do następnego 💖

23:28

"Moja lady Jane" - Cynthia Hand, Jodi Meadows i Brodi Ashton | Recenzja

"Moja lady Jane" - Cynthia Hand, Jodi Meadows i Brodi Ashton | Recenzja
Król Edward dowiaduje się od lekarza, że choruje na krztusiec. Pozostało mu niewiele życia, a z każdym dniem marnieje w oczach. Postanawia zmienić decyzję co do następcy tronu. Tym sposobem lady Jane Grey staje się królową Anglii i zostaje wplątana w polityczną intrygę. W dodatku musi poślubić mężczyznę, który w dzień zamienia się w konia. Gifford, choć nie potrafi zapanować nad swoją klątwą, zdecydowanie uwielbia czuć się wolny. Świat podzielony jest na dwie grupy ludzi – Nieskalanych i Eðianów (potrafią przemieniać się w zwierzęta). Alternatywna historia lady Jane, przy której koń by się uśmiał.

Szczerze powiedziawszy nie miałam w planach sięgać po tę książkę. Czułam, że niekoniecznie mi się spodoba. Kiedy miałam szansę zrecenzowania jej, stwierdziłam, że jednak spróbuję. Szło mi dosyć opornie, bowiem tę lekturę miałam w formie elektronicznej, a raczej nie preferuję takiego czytania, ale finalnie jestem pozytywnie zaskoczona. Mimo że nie zaopatrzę się już w swój własny, papierowy egzemplarz, tę pozycję będę wspominać z uśmiechem.
"– Czy to był koński żart?
 Gdzie-e-e-e tam  zarżała."
Pierwszy raz udało mi się zapoznać się z taką książką. Humor nie zawsze do mnie trafiał, w większości przypadków śmiałam się tylko w myślach, lecz parę razy zachichotałam w głos. Nie mogę powiedzieć, że na tym tylko polegała ta opowieść, gdyż uważam, że zawarła w sobie o wiele więcej. Wcześniej nigdy nie słyszałam o lady Jane, która była dziewięciodniową królową. Przedstawienie tych wydarzeń w inny sposób, przypadło mi to gustu. Nie klasyfikujmy tej powieści jako historycznej, broń Boże! Oczywiście, opiera się na faktach, ale mamy tutaj kilka poplątanych ze sobą gatunków. Można rzecz, że taka literacka mieszanka.

Narracja prowadzona jest z trzech perspektyw i prawdę mówiąc nie jestem w stanie wybrać, która podobała mi się najbardziej. W każdej z nich znalazłam coś ciekawego i wskazanie tej najfajniejszej jest niemożliwością. Od razu zaznaczę, że mamy wiele wstawek od autorek książki, które tłumaczą nam pewne wątki. Początkowo trochę mi to przeszkadzało, ale później nie zwracałam już na to uwagi. Wracając do naszych głównych bohaterów. Zostali skonstruowani w interesujący sposób. Mieli swoje odmienne charaktery, wyróżniali się spośród innych. Jane była oczytana, inteligentna, ale potrafiła rzucić sarkastycznym i wrednym tekstem za co ją naprawdę ubóstwiam. G był odrobinę specyficzny poprzez swoją klątwę, ale w pewien sposób uzupełniał się ze swoją nowo poznaną żoną. Za to Edward posiadł w sobie coś świeżego, dziecinnego. Wychowany od zawsze w zamku, nie umiał poradzić sobie w różnych sytuacjach, kaleczył się w wykonywaniu prostych czynności, ponieważ nigdy sam o siebie nie musiał się martwić. Był dobry, troszczył się o zwierzęta (szczególnie o swoją ukochaną Pet) i choć nie wykazywał się niczym nadzwyczajnym, to miał w sobie to coś, co pozwalało mi go lubić. Reszta bohaterów również została w dobry sposób poprowadzona. Pod tym względem jestem usatysfakcjonowana.
"Dominacja nieuchronnie prowadzi do tyranii."
Przed przystąpieniem do lektury trzeba być świadomym, że to nie jest zwykła historia. Przy pierwszym rozdziale  wydawała mi się nawet nieco idiotyczna, ale szybko się wkręciłam. Myślę, że przybliżanie w szczegółach fabuły jest bez sensu, nawet wspomnienie jakiejkolwiek sytuacji zepsułoby całą zabawę i przybrałoby miano spoilera. Nie chcę być na tyle okrutna i pozostawię ten temat bez komentarza. Moim zdaniem autorki poradziły sobie doskonale i chociaż jestem pewna, że nie wszystkim przypadnie ta pozycja do gustu, to liczę na to, że jednak dacie jej szansę, bo jest to pewien powiew świeżości, który zaskoczył mnie.

Podsumowując, jestem na tak. Zdaję sobie sprawę, że ta recenzja jest trochę naokoło, pomijam dużo motywów, ale sami musicie dowiedzieć się, dlaczego zachwalam tę książkę. Nie uważam tego za wybitne dzieło, ale niewątpliwe przyjemne, lekkie i zapadające w pamięć. Nie spodziewałam się, że wystawię dobrą ocenę, ale stało się. Z chęcią sięgnę po dalsze części (gdyż wiem, że mają się ukazać), ale do pierwszego tomu raczej nie wrócę. Przeczytałam, podobało mi się, ale nie na tyle, by jeszcze raz pochłonąć tę historię od nowa. Jeśli nie czytaliście, z ręką na sercu polecam. A tymczasem do następnego 👋

Za możliwość przeczytania dziękuję:

14:42

"Okrutna pieśń" - Victoria Shwab | Recenzja

"Okrutna pieśń" - Victoria Shwab | Recenzja
Kate i August są następcami przywódców podzielonego miasta. Dziewczyna chciałaby być taka jak jej bezwzględny ojciec, który pozwala potworom wałęsać się po ulicach, a ludziom każe płacić za ochronę. Za to chłopak chciałby być dobry, pomagać bezbronnym i bronić ich przed czyhającymi niebezpieczeństwami. Niestety, jest jednym z nich. Potworem, który potrafi ukraść duszę, wygrywając pieśń na swoich skrzypcach. Na jego drodze staje Kate. Oboje mają swoje zadania, aczkolwiek żadne z nich nie spodziewa się, że ich cele mają ze sobą wiele wspólnego. Rozejm w podzielonym mieście wisi na włosku, potwory się buntują, a niektórzy nie okazują się tymi, kim główni bohaterowie myśleli, że są. Jak potoczą się ich losy, kiedy Kate odkryje tajemnicę Augusta?

Gdy po raz pierwszy usłyszałam o tej książce, zapragnęłam ją kupić w trybie natychmiastowym. Nic dziwnego, że zamawiając prezent dla siostry, dodałam tę pozycję do koszyka. Same pozytywne opinie skłoniły mnie do zaopatrzenia się w własny egzemplarz i zdecydowanie nie żałuję tej decyzji. Dodam, że okładka idealnie wpasowuje się w klimat powieści. Jednak przejdźmy już do oceny.
"Nie zostaliśmy stworzeni do tego, by czegoś chcieć. Wola dla nas nie istnieje."
Jak w każdej fantastyce, w każdym nowych świecie, w którym panują zupełnie inne reguły, początek nie należy do najlepszych. Kompletnie nie umiałam wgryźć się w przedstawioną historię, męczyłam się, kiedy czytałam pierwsze rozdziały. Na szczęście po przewertowaniu preludium i dwudziestu stron wersu I, poszło mi jak z płatka. Nie spotkałam się jeszcze z taką fabułą, choć zaznaczam już na wstępie, że nie jest żadnym arcydziełem. Po prostu jest to pewien powiew świeżości, który dostarczył mi rozrywki na wysokim poziomie. Sam pomysł jest naprawdę bardzo dobry i podoba mi się, że bohaterowie zostali przedstawieni w taki sposób, który pokazuje, że ocenianie po okładce jest błędem.

W końcu mamy Augusta, który mimo że jest potworem, ma dobre serce i nigdy celowo nie skrzywdziłby kogoś niewinnego. Zaś z drugiej strony pojawia się Kate. Niby bezbronna dziewczyna, która chciałaby tylko zwrócić uwagę swojego ojca, lecz w głębi jest buntownicza, odważna, odrobinę dzika i mocno stąpająca po ziemi. Są zestawieni na zasadzie kontrastu, ale ja to kupuję, bo razem tworzą mieszankę wybuchową. Nie potrafię wybrać żadnego z nich, gdyż uważam, że oboje sprawdzają się w swojej roli genialnie i żadne nie byłoby tak fantastyczne bez swojego towarzysza. Victoria Schwab doskonale popisała się swoimi umiejętnościami, tworząc takie charaktery. Jeśli chodzi o mniej ważne postacie, to wypada to różnie. Nie chodzi mi o konstrukcję, a moją sympatię do nich. Leo, Sloan i ojciec Kate od razu nie przypadli mi do gustu. Irytowali mnie, drażnili i miałam ochotę zrobić im krzywdę. Za to Ilsa wypadła na ich tle wprost niesamowicie. Drobna, miła, a skrywająca w sobie tyle siły, że w życiu nie spodziewałabym się tego. Reszta bohaterów była mi zupełnie obojętna. W ogólnym rozrachunku kreacja wszystkich postaci wyszła naprawdę ciekawie i odbieram ją pozytywnie. Myślę, że to właśnie jest główny plus tej książki.
"Chciałeś się czuć jak człowiek, prawda? Nie ma znaczenia, kim jesteś. Życie boli."
Przedstawiona historia interesowała mnie. Śledziłam dalsze losy Kate i Augusta z uczuciem ciekawości, zdumienia, zadowolenia i pasji. Zaskakujące jest to, że połączyła ich wyłącznie przyjaźń. W niektórych momentach może i można byłoby znaleźć elementy, w których wydawało się, że czują do siebie coś więcej, ale było to w minimalnej dawce. Albo sama sobie to wymyśliłam! Cieszę się, że nie wydarzyło się między nimi nic więcej, bo to popsułoby całą opowieść. Ta przyjaźń jest naprawdę niezwykła i troska, jaką się obdarzyli jest godna podziwu. Od ich pierwszego spotkania wiele się zmieniło podczas wspólnej przygody. Znajomość kiełkowała z rozdziału na rozdział. Zrobiono to w subtelny sposób.

Było kilka zwrotów akcji, jednak w większości domyśliłam się ich wcześniej. Ale też parę razy się zdziwiłam. Na szczęście nie tylko negatywnie! Końcówka pozostawia po sobie wiele pytań, choć nie przesadnie kłębiących się wewnątrz mnie. Ta książka zyskuje u mnie wysoką ocenę, ale nie trafia na listę moich ulubionych. Zabrakło mi w niej czegoś. Nie wiem dokładnie czego, ale po prostu nie ma tej iskry, która zapalałaby mnie od środka. Trochę żałuję, bo seria zapowiada się  fantastycznie. Niestety, na drugi tom będziemy czekać prawie rok.

Reasumując, gorąco polecam tę pozycję! Czytając początek nie wierzyłam, że ta książka mi się spodoba, ale stało się. Z chęcią sięgnę po dalsze części, gdy tylko wyjdą. Z dumą stawiam tę lekturę na swojej półce. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji przeczytać "Okrutnej pieśni", zróbcie to jak najszybciej, bo wiele tracicie. Luty zaczął się wprost wybornie! A tymczasem do następnego 💞

06:00

"Żniwiarz: Pusta noc" - Paulina Hendel | Recenzja

"Żniwiarz: Pusta noc" - Paulina Hendel | Recenzja
Magda Wojna nie jest zwykłą dwudziestolatką. Pomiędzy pracą w księgarni a obowiązkami domowymi, dziewczyna w wolnych chwilach tropi upiory rodem ze słowiańskich wierzeń. Jej wujek Feliks jest żniwiarzem, który jako jeden z nielicznych potrafi odesłać potwory do Nawii. Bezkosty, martwce, upiry – to tylko niektóre z demonów, z którymi przyjdzie im walczyć. Ostatnio z krainy umarłych uciekła najpotężniejsza istota, z jaką żniwiarze kiedykolwiek musieli się zmierzyć. Jak potoczą się losy Magdy? Jak zareaguje na jej podwójne życie Mateusz, z którym zaczyna spędzać coraz więcej czasu? Czy Feliks jest wystarczająco silny, aby przywrócić równowagę? Przeczytaj, aby się dowiedzieć!

Przede wszystkim chciałabym wspomnieć o okładce, która jest przepiękna! Uwielbiam ją. Wielkie oklaski dla wydawnictwa IV Strona. Niezmiennie oprawa graficzna, wydawanych przez nich książek jest fenomenalna, a ja biję pokłony. Tę pozycję miałam na swojej półce od jakiegoś czasu, ale nigdy nie było okazji, aby się za nią zabrać. W końcu przyszła jej pora.  Zdecydowanie ta opinia będzie pozytywna. Ostatnio trafiałam na lektury, które niekoniecznie przypadały mi do gustu. Jednak w tym przypadku jestem usatysfakcjonowana. Na szczęście zaopatrzyłam się już w drugą część "Żniwiarza", za którą niedługo się zabiorę.
"Podziwiam cię, że wiedząc o tym wszystkim, potrafisz wieść jeszcze normalne życie."
Oczywiście, nie jest to arcydzieło, lecz uważam, że poprzeczka została ustawiona dosyć wysoko. Tym bardziej, że jest to debiut Pauliny Hendel. Polscy autorzy w ostatnich latach naprawdę się popisali i urzekł mnie fakt, że niektóre serie czyta się przyjemniej niż zagraniczne. Jednak przejdźmy już do recenzji. Cóż, zacznę od głównych bohaterów. Początkowo myślałam, że Magda będzie mnie denerwować, bo przyznajmy szczerze – nie zrobiła najlepszego pierwszego wrażenia. Z kolejnymi rozdziałami rozwinęła się. Doceniałam jej odwagę, poświęcenie i inteligencje. Czasami gdyby nie ona, Feliks nie wyszedłby cało ze spotkania z potworami. Dlatego daję plusa za stworzenie normalnej pierwszoplanowej postaci. Jeśli zaś chodzi o jej wujka, to niekiedy grał mi na nerwach, ale gdzieś głęboko, ale to naprawdę głęboko potrafiłam go tolerować. Mateusz sprawiał dobre wrażenie, lecz w całej historii był mi raczej obojętny. Najbardziej lubiłam Nadię. Wydawała się autentyczna, często mnie zaskakiwała i podziwiłam jak świetnie radziła sobie w sytuacjach wyjątkowych. Reszta bohaterów tworzyła ładne tło, zbytnio się nie wychylając. Nie ma kogoś, kogo bym ukatrupiła, więc jest dobrze, ale też bez przesady. Uważam, że nad niektórymi można jeszcze popracować, bo dało się z nich wykrzesać nieco więcej. To jak z cytryną. Wyduszacie z niej niby cały sok, ale w środku tego soku trochę zostało.

Sama fabuła zainteresowała mnie. Zdarzały się momenty, w których z zapartym tchem śledziłam dalsze losy bohaterów, ale też pojawiały się nużące, ciągnące w nieskończoność opisy. Mitologia słowiańska to temat długi i szeroki, w którym mogłabym się wciąż zaczytywać. Dlatego brakowało mi więcej demonów, gdyż ten wątek został trochę potraktowany po macoszemu. Niektóre wątki są tylko odrobinę liźnięte, a ja czekam na więcej. Przyznaję bez bicia, że wolę serię "Kwiat paproci" Katarzyny Bereniki Miszczuk, ale przy tej lekturze też nieźle się bawiłam. Problemem dla mnie była długość rozdziałów, bowiem zawsze je czytam od deski do deski, więc nie mam w zwyczaju przerywania ich w połowie. Niestety, tutaj parę razy wysiadłam, kiedy spieszyłam się, a okazywało się, że zostało mi jeszcze trzydzieści stron do przeczytania. Myślę, że spokojnie można było to podzielić na wiele mniejszych części. Ale to mały niuansik, który pewnie większości nie przeszkadza. Tylko ja jak zwykle się czepiam takich elementów.
"Tylko raz w życiu widziała Spaleńca. Zdarzyło się to kilka lat wcześniej, ale wtedy była pod opieką wujka , który nie pozwoliłby, żeby coś jej się stało. Sama w gęstym lesie o zmroku poczuła się słaba i bezbronna, ale nie potrafiła się cofnąć."
Doszliśmy do plot twistów, których w "Żniwiarzu" były aż dwa. Niestety, w każdym z przypadków domyśliłam się dużo wcześniej. Jeśli chodzi o tożsamość Pierwszego, najsilniejszej istoty, która właśnie się uwolniła, to była bułka z masłem. Paulina Hendel zostawiła nam tyle wskazówek, że w pewnej chwili pomyślałam, że to podpucha. Trochę mnie to rozczarowało i wydaję mi się, że gdyby Pierwszym okazałby się zupełnie ktoś inny, moja ocena byłaby wyższa. Końcówka również mnie nie zaskoczyła. Przewidywalność krzyczy i plącze się nam pod nogami. Aczkolwiek z chęcią sięgnę po kolejne tomy.

Podsumowując – jestem zadowolona! Może "Żniwiarz" nie stanie się moją ulubioną serią, może nie znalazłam tam bohaterów, których dodałabym do moich TOP 5, ale całość prezentuje się bardzo dobrze. Niedługo sięgnę po kontynuację i mam nadzieję, że się nie zawiodę. Z ciekawostek dodam, że mój egzemplarz miał drobny błąd w druku i jeden z akapitów podczas ważnej akcji, został wklejony parę stron wcześniej, więc szybciej wiedziałam, co się wydarzy. Później ten sam akapit pojawił się w momencie, w którym pierwotnie powinien. Nie wiem czy tylko ja miałam taką wadliwą sztukę, ale nic się nie stało. Mały spoiler nie zrobił mi krzywdy. Jeśli nie mieliście okazji dorwać pierwszego tomu, to zachęcam do kupna i zapoznania się z tą historią. Naprawdę polecam.
A tymczasem życzę Wam miłego dnia i do następnego 💕

20:03

"The Call. Wezwanie" - Peadar O'Guilin | Recenzja

"The Call. Wezwanie" - Peadar O'Guilin | Recenzja
Grupa nastolatków, szkolących się w szkole przetrwania, ma tylko trzy minuty na to, aby przetrwać spotkanie z łaknącymi krwi Sidhe. Czeka ich albo śmierć, albo wrócenie do swojego świata zupełnie odmienionym. Jednak jakie szanse na wygranie ma Nessa, która porusza się o kulach? Krwiożercze potwory nie znają litości i stają się coraz bardziej niebezpieczne. Historia, która przyprawi cię o obrzydzenie i poruszy twoje serce. A czy ty masz szansę na przeżycie, gdy przyjdzie twoja pora Wezwania? Zatrać się w tej niezwykłej historii...

Książkę dostałam w prezencie na święta. Od dawna miałam w planach przeczytanie tej pozycji. Pierwsze, co przykuło mój wzrok, to okładka, która naprawdę spodobała mi się. Uwielbiam otwierane skrzydła, tworzące razem jedną całość. Do tego piękne złote litery i wycięte kółko dopełniają perfekcyjny design. W tym roku zabieram się już za drugą książkę wydawnictwa IV Strona. Pierwszym razem byłam zadowolona. Na szczęście ta lektura również w pewnym stopniu przypadła mi do gustu. Zapraszam do dalszego czytania.
"Czy chciałabyś, aby przestali robić to, co robią? Tak? Ponieważ w tym przypadku to oni będą musieli wybaczyć nam."
Początkowo nie potrafiłam się wciągnąć. Czułam wewnętrzny ból, kiedy przewracałam kartki. Jednak z czasem udało mi się przystosować do panującego klimatu. Oryginalność fabuły zadziwiła mnie, aczkolwiek oczekiwałam trochę więcej tamtego świata niż sporów pomiędzy nastolatkami. Zahaczając już o bohaterów to z przykrością stwierdzam, że żadnego nie polubiłam. Było mi totalnie obojętne czy któreś z nich przeżyje, czy też nie. Większość z nich działa mi na nerwy i miałam ochotę udusić ich gołymi rękoma. Byli niemili, chamscy, wulgarni i nie dawali mi powodu do polubienia ich. Główna bohaterka jeszcze do zniesienia, choć nie kibicowałam jej w żadnym momencie książki. Jednakże była najbardziej ogarnięta z całej grupy. Ewentualnie znosiłam Anto, lecz też nie pojmowałam niektórych rzeczy z nim związanych. Podejrzewam, że Megan miała być postacią komediową, ale totalnie zawaliła sprawę. Jej sposób wyrażania się, nieśmieszne żarty, groźby i zaklinanie się "na włochate cycki Sidhe", sprawiały, że wciąż kręciłam z politowaniem głową. Rycerze Okrągłego Stołu byli jeszcze gorsi. Megalomania, agresywność i władczość kipiała od nich na odległość. Liczyłam na to, że Conor przejdzie pewną przemianę, ale myliłam się. Jeśli chodzi o sposób wysławiania się przez nastolatków, to nie, panie O'Guilin, my wcale tak nie mówimy. Nie rozumiem dlaczego dorośli mają o nas tak mylne wyobrażenie. To był główny minus tej książki. Oczywiście, rozumiem, że nasz świat i ich świat nieco się różni. Jest o wiele niebezpieczniejszy, praktycznie większość młodych nie przeżywa, więc negatywne emocje kiełkują się w nich od dzieciństwa, lecz niektóre rozdziały były mocno przesadzone.

Głównym plusem powieści, to przedstawienie samej istoty Wezwania. Szaroziemia została opisana w najmniejszych szczegółach. Aż sama słyszałam przerażające wrzaski, czułam, unoszący się w powietrzu smród i traciłam siły podczas nieustającego biegu. Zmagania uczniów śledziłam z zapartym tchem. Gdzieś z tyłu głowy pojawiała się myśl: Co ci cholerni Sidhe tym razem wymyślą? Z każdą nową torturą, otwierałam buzię ze zdziwienia. Nieważne jak okrutnie to brzmi, podobało mi się to, co czytałam. W tamtym świecie nie obowiązywały żadne zasady, należało uważać na nawet malutkie postacie, które potrafiły wyrządzić niewyobrażalną krzywdę. Pozostałości po ludziach, robienie z nich psów i koni, było makabryczne, lecz taka właśnie jest ta książka. W pewnym sensie to obrzydliwe, jednak kompletnie mi to nie przeszkadzało, a wręcz sprawiało radość. Pokazano coś, czego nigdzie indziej nie znajdziemy.
"Ale tam, gdzie żyjesz, pośród nieustannego piękna, każdy, kto docenia cierpienie, musi udawać coś dokładnie przeciwnego, nawet przed samym sobą."
Reasumując, nie była to najlepsza lektura, jaką miałam okazję przeczytać. Posiadała minusy, jak i plusy. Autor pracuje teraz nad drugim tomem, po który chętnie sięgnę. Jednak do pierwszej części z pewnością nie wrócę. Nie jest to pozycja, która wywołała we mnie same pozytywne odczucia. Nie polecam jej młodszym i osobom o słabych nerwach. Nie potrafię wystawić jednoznacznej oceny, dlatego opinię pozostawię wam. Pozdrawiam serdecznie i do następnego!
Copyright © OD KSIĄŻKI STRONY , Blogger