Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty

16:09

„Żniwiarz: Trzynasty Księżyc” – Paulina Hendel | Recenzja + tłumaczę się

„Żniwiarz: Trzynasty Księżyc” – Paulina Hendel | Recenzja + tłumaczę się

Od przeczytania poprzedniej części („Żniwiarz: Czerwone Słońce”), minęło dość sporo czasu. Początkowo miałam niemały problem z poprzypominaniem sobie kto kim jest. Nie da się ukryć, że imion pojawia się tutaj naprawdę wiele, a niewnoszące nic do fabuły postacie wciąż przeplatają się ze sobą. Jednak nie to jest tutaj najważniejsze. Przy pierwszym tomie Ż n i w i a r z a byłam naprawdę zainteresowana i zadowolona, przy drugim nieco się zawiodłam, a przy tym nic się nie zmieniło. Nadal klapa. To znaczy, jestem mniej zawiedziona niż ostatnio, gdyż po prostu nie miałam żadnych oczekiwań, tak jak w przypadku Czerwonego Słońca. Ale i tym razem dostałam mnóstwo zapychaczy, nieciekawych wątków, opisów walk, które były aż do bólu przewidywalne. Naprawdę tak poprowadzona historia sprawia, że mam ochotę porzucić tę serię i do niej nie wracać. Powoli szkoda mi pieniędzy na coś, czego czytanie mnie męczy. I oczywiście po gwiazdkach (5/10 na lubimyczytać.pl) nie można zauważyć mojego wielkiego rozczarowania, bo nie twierdzę, że ta książka jest zła. Nie. Czytałam o wiele gorsze pozycje. Paulina Hendel ma naprawdę dobry styl pisania, czyta się to lekko, ale mam wrażenie, że potencjał na tę opowieść jest o wiele większy, a dostajemy tylko ledwo muśnięte wątki. Nie czuję więzi z żadnym bohaterem. Nie byłoby mi przykro, gdyby któremuś coś się stało. No dobra, może oprócz Aleksa. Ten dzieciak jest naprawdę świetny i jego wątek był chyba jednym, który mnie chociaż na chwilę wciągnął. Końcówka też była dobra, ale jeśli przez 350 stron umieram z nudów, aby poczuć tylko dreszczyk emocji na ostatnich 100, to chyba jednak jest coś mocno nie tak. Żeby była jasność – rozumiem jeśli komuś się to podoba, ale naprawdę czuję się zawiedziona, bo po pierwszym tomie miałam większe oczekiwania. Zresztą, jestem na takim etapie w swoim życiu, że czytając książki dostrzegam sporo błędów logicznych lub po prostu niespójnych momentów. I w Trzynastym Księżycu również znalazłam kilka takich potknięć. Przyznaję, były to głupotki, których przeciętny czytelnik mógłby nie dostrzec. Po prostu wszystkie te niespójności razem wzięte, sprawiają, że moja ocena leci automatycznie w dół. Końcówka była na tyle interesująca, że nie porzucę tej serii, ale jeśli nic się nie poprawi, to niestety, ale kolejna ocena będzie już znacznie niższa.

„Cudnie – pomyślał Waldemar. Alkoholik, schizofrenik i kibol na tropie demona... Brzmi jak początek kiepskiego dowcipu.”

Nie mogłabym nie wspomnieć o poczuciu humoru bohaterów. Cóż, dla mnie balansuje na granicy zażenowania i cringu. Może to ze mną jest coś nie tak, ale żarty lub sceny komediowe napisane przez panią Hendel to jakaś abstrakcja. Kompletnie do mnie nie trafiają, nie śmieszą, nie odpowiadają. Ach, znowu odzywa się we mnie ta krytyczna strona, ale niestety nic na to nie poradzę. A Wy czytaliście już tę książkę? Jak Wasze wrażenia? Zapraszam do dyskusji w komentarzach!

5/10

Nadszedł ten moment, w którym muszę się troszkę wytłumaczyć. Nie było mnie tutaj naprawdę kupę czasu. Z dnia na dzień dopadła mnie po prostu niechęć do czytania. Zastój czytelniczy mam na dobrą sprawę do teraz, ponieważ nie wróciłam do dawnej formy. Nie czytam tak wiele, jak wcześniej. Zaczynam na nowo raczkować w tym książkowym świecie. Idzie mi coraz lepiej i chyba powrót tutaj napędza mnie jakąś niewidzialną siłą i zachęca do czytania. Dzielenie się opinią sprawia mi radość, więc można to nazwać moją kuracją. Nie obiecuję, że będę tutaj regularnie, bo to nigdy się nie sprawdza. Ten blog to dla mnie odpoczynek, dobra zabawa. I nie oczekuję tłumów, ale jeśli macie choć chwilkę czasu, to będzie mi miło jeśli znów tu zagościcie. Moje stare posty zostały trochę poprawione [mały update, jednak nie zdążyłam tego zrobić, ale wkrótce się za to wezmę], ale generalnie nic się nie zmieniło. Na koniec tylko dodam, że cieszę się, że znów tu jestem. 

Za zdjęcia dziękuję Mateuszowi z blueobjectglass. Wchodźcie na jego instagrama!

Trzymajcie się ciepło i do następnego! 💓

14:01

"Powiedz wreszcie prawdę" - Dana Reinhardt | Recenzja

"Powiedz wreszcie prawdę" - Dana Reinhardt | Recenzja
River jest bezgranicznie zakochany w swojej dziewczynie Penny. Nie wyobraża sobie bez niej życia, dlatego gdy zostaje porzucony, traci wszystko, w co do tej pory wierzył. Niespodziewanie trafia do Drugiej Szansy, grupy, do której uczęszczają nastolatkowie z problemami. Złośliwy los i przypadkowe sytuacje wplątują go w sieć kłamstw i zmuszają do fantazjowania, zaplatając życie coraz dotkliwiej. A dookoła niego pojawiają się dylematy innych ludzi, starzy i nowi przyjaciele wyczuwający nieszczerość, zatroskana rodzina i rodzące się nowe uczucie. Czy miłość może być uzależnieniem? Gdzie przebiega granica pomiędzy wzajemnym oddaniem a całkowitym wyrzeczeniem się własnej osobowości?

Tę pozycję można przeczytać w jeden dzień. Przy pojedynczym posiedzeniu wystarczą dwie godziny, gdyż książka ma około dwustu trzydziestu stron. Przez wszystkie rozdziały miałam wrażenie, że płynę, ponieważ tekst napisany jest przyjemnym, prostym językiem. Niewątpliwie zrelaksowałam się.
"- Gdyby nie ty, pewnie nadal stałbym na niewłaściwym przystanku autobusowym."
Siedemnastoletni River jest łagodnym, sympatycznym oraz uroczym chłopakiem. Bardzo go polubiłam. Jego narracja jest nieco sarkastyczna i momentami zabawna, ale on sam w sobie jest raczej nieporadny oraz wrażliwy. Zaczarował mnie tak, że tym czarem skradł moje serce pomimo tego, że jest kłamcą, stalkerem, nie umie tańczyć i nie ma prawa jazdy. Czuję się jakby był moim bratem albo przyjacielem. Rozczula mnie. Prawdę mówiąc każdy bohater występujący w tej historii przypadł mi do gustu. Oprócz Penny. Jakoś nie potrafiłam znieść tej dziewczyny. Była niewdzięczna i w sposób w jaki potraktowała Rivera, no cóż, nie należał do najmilszych. Ale za to Daphne, Natalie, Maggie, Will, Leonard, Luke, Christopher i Juana, to postacie, które naprawdę lubię. Pod tym względem jestem zadowolona.

Fabuła jest dosyć prosta, ale na pewno oryginalna. Krótka, lecz wciągnęła mnie. Autorka porusza wiele tematów. Przede wszystkim kładzie nacisk na to, jak potrzebna jest rozmowa. Czasem porozmawianie z kimś o naszych problemach, pomaga najbardziej. Myślę, że tego brakuje w innych książkach. Tego zdrowego podejścia do ważnych spraw. Dana Reinhardt ukazuje również jak łatwo można wpaść w wir kłamstw. Jedno kłamstwo, ciągnie za sobą kolejnych pięć i trudno przestać. Nawet jeśli nie ma się złych zamiarów.
"Ciało mi zlodowaciało, z tym, że głowa stanęła w ogniu. Zupełnie jakbym był wybrakowanym superbohaterem, obdarzonym całkowicie bezużyteczną, autodestrukcyjną mocą."
Podsumowując, lektura godna polecenia. Zdaję sobie sprawę, że recenzja jest krótsza niż zawsze, ale nie jest to obszerna książka, o której mogę się rozwodzić godzinami. Myślę, że najważniejsze wątki zostały poruszone. Zresztą, nie chcę więcej spoilerować. Zachęcam do sięgnięcia po Powiedz wreszcie prawdę. Do tej pozycji na pewno wrócę. Wspomnę jeszcze, że zakończenie było takie, jakie powinno. Jak to River skomentował: '"Tyle że to wcale nie był koniec. I nie był idealny. Był więcej niż idealny - był dobry". Tymi słowami będę się z wami żegnać. Macie tę książkę w planach? Trzymajcie się i do następnego!

Za darmowy egzemplarz dziękuję:

08:00

"Żniwiarz: Czerwone słońce" - Paulina Hendel | Recenzja

"Żniwiarz: Czerwone słońce" - Paulina Hendel | Recenzja
Myślę, że ta recenzja skierowana jest przede wszystkim do osób, które przeczytały pierwszą część Żniwiarza, gdyż mogą pojawić się spoilery z Pustej nocy. Słowem wstępu: najbardziej rozczarowująca kontynuacja serii, jaką przeczytałam w tym roku i kiedykolwiek. Zapraszam do dalszej lektury!

Po ostatnich perypetiach Magda wraca do życia w innym ciele, zmienia się również jej charakter… Razem z Feliksem chcą odszukać i unicestwić Pierwszego, najbardziej niebezpieczną istotę z jaką przyszło im się mierzyć. Gdy trafiają na Mateusza, który po wydarzeniach z poprzedniego roku wyprowadził się z Wiatrołomu, we troje wyruszają na poszukiwania zaginionego żniwiarza. A na świecie z niewiadomych przyczyn pojawia się coraz więcej nawich.​
"– Nie mogłaś zostać żniwiarzem – szepnął.
– A jednak. Dla chcącego nic trudnego. I mam nawet tatuaż, wiesz?"
Czerwone słońce zapowiadało się naprawdę dobrze. Dostaliśmy intrygującą końcówkę, więc Paulina Hendel w drugiej części miała szerokie pole do popisu. Niestety, ale nie wykorzystała swojej szansy i stworzyła coś, co w rzeczywistości nie posiadało w sobie ani krzty akcji. Oczywiście, kilkukrotnie otrzymywaliśmy opisy zabijania kolejnych demonów, które dręczyły ludzi na terenie Polski, ale według mnie były to tylko zapychacze, mające ukryć, że nic się nie dzieje, a fabuła swoi w miejscu. Uzyskaliśmy piętnaście długich rozdziałów, polegających wyłącznie na spotkaniach Feliksa, Magdy i Mateusza, którzy od czasu do czasu pokonali bezkosta, spaleńca czy zmorę. Och, ileż emocji, prawda? Nie.

Nie zapominajmy o wątku pani Janiny i jej dwóch wnuków-karków. Podejrzewam, iż miał być to wątek komediowy. Cóż, kompletnie nie wyszedł, ale śmiałam się. Śmiałam z zażenowania. Teksty, które dzieci z podstawówki używały dziesięć lat temu, irytujące dialogi i żenujące sytuacje – tak wyglądały fragmenty poświęcone tej trójce. Nie wierzę, że autorka napisała takie momenty i co gorsza, ujrzały one światło dzienne. W końcówce nawet przyzwyczaiłam się do Sebastiana i Adriana (Seba i Adi, nadal bawią mnie te imiona, ponieważ idealnie pasują do braci-ziomeczków spod bloku), czego nie mogę powiedzieć o Magdzie. Co się stało z tą postacią, to tylko Pan Bóg wie. I niewątpliwie autorka. Rozumiem jej przemianę, bowiem zmieniła ciało, a jego poprzednia właścicielka miała wybuchowy charakter, ale bez przesady. Drażniła mnie na każdym kroku, jej decyzje były po prostu głupie. Chciała pochwalić się swoją sprawnością w likwidowaniu nawich, lecz nie wychodziło jej to. W myślach krzyczałam na nią, aby się ogarnęła. Nie zrobiła tego. Trzy razy nie dla nowej Magdaleny Wojny.
"– [...] sądzi, że ukradliśmy cały majątek jej siostry, łącznie z rodową, srebrną zastawą.
– Ale my nigdy nie mieliśmy rodowej...
– Przecież wiem!"
Jeśli jesteśmy już przy bohaterach, to jedynie mogę pochwalić Mateusza. On także się zmienił, ale raczej na lepsze. Mimo chłodu, jakim wszystkich obdarzał, to przekonuje mnie do siebie. Jego kuzyn również jest w porządku. Drzemie w nim trochę takiej niewinności, ale mi się to podoba. Feliks jak to Feliks. Nic nadzwyczajnego. Nie działał mi na nerwy. Chociaż tyle. Reszta stanowi tylko tło dla całej historii, więc wypowiadanie się o nich jest stratą czasu.

Ogólnie rzecz biorąc, moim zdaniem Czerwone słońce przypomina mi wielki prolog, czyli liczący ponad czterysta stron wstęp do Trzynastego księżyca (trzeciej części serii). Stwierdzam to całkiem poważnie. Tutaj nic się nie działo. Dopiero jakieś ostatnie dwa rozdziały sprawiły, że lekko się zainteresowałam. Dowiedzieliśmy się parę rzeczy i główna akcja dopiero się potoczy. Tylko ta myśl trzyma mnie przy postanowieniu skończenia trylogii. Jednakże nadal jestem rozczarowana. Pusta noc nie była wybitnym dziełem, ale zawiesiła poprzeczkę dosyć wysoko. Gdyby poprzedni tom był nieco gorszy, to może nie zawiodłabym się tak bardzo, ale przez to moja ocena gwałtownie spadła.

Nie ma co podsumowywać. W recenzji wyraziłam się dosyć jasno. Czułam się jakbym czytała o niczym. Wciąż czekałam na rozkręcenie fabuły, po czym zorientowałam się, że za chwilę skończę całą książkę. Było źle. I tyle. Czytaliście Źniwiarza? Jaka jest wasza opinia? Podzielcie się ze mną, bo nie wiem czy tylko mi się nie podobało. A tymczasem trzymajcie się i do następnego! 😍

07:00

"Cesarzowa kart" - Kresley Cole | Recenzja

"Cesarzowa kart" - Kresley Cole | Recenzja
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam tę książkę w Moondrive Shopie, od razu zapragnęłam ją kupić. Niestety, "Cesarzowa kart" była już niedostępna. Na szczęście po jakimś czasie ponownie mogłam ją dostać. Gdy tylko się o tym dowiedziałam, nie zastanawiałam się ani chwili. Nie przeszkadzała mi wysoka cena oraz długi czas oczekiwania. Po prostu wiedziałam, że ta pozycja może być czymś dobrym, co skradnie moje serce. Z drżącymi rękoma odpakowałam przesyłkę i zachwyciłam się przepiękną oprawą graficzną. Nie dość, że okładka prezentowała się niesamowicie, to do tego brzegi zostały pomalowane na zielony kolor. W połączeniu z czernią, liśćmi i kwiatami całość wyglądała zjawiskowo. Jednak czy oprócz designu ta książka miała do zaoferowania trochę więcej?

Początek był dla mnie bardzo niejasny. Czułam się zdezorientowana, bo autorka rzuciła nas na głęboką wodę. Od razu poznajemy Arthura, którego myśli brzmią jak jeden, wielki bełkot. Do tego używa niezrozumiałych słów. Czym jest ten Błysk, o którym ciągle mówi? Co strasznego się wydarzyło? Dlaczego wielu ludzi zginęło, jedzenia brakowało, a zwierzęta oraz rośliny poumierały? Nurtujące pytania kłębiły się w mojej głowie, a odpowiedzi wciąż brakowało. Niespodziewanie do jego domu przychodzi szesnastoletnia Evie, którą mężczyzna od razu częstuje kakao z trucizną. Dziewczyna zamierza opowiedzieć mu co przydarzyło się jej przed wcześniej wspomnianym Błyskiem, lecz przed rozpoczęciem historii, ostrzega go niepokojącym głosem:
"- Wszystko ci opowiem. Całą moją historię. Postaram się przypomnieć sobie jak najwięcej. Tylko że... Moja wersja wydarzeń niekoniecznie musi być tą prawdziwą."
Cofamy się w przeszłość o około 250 dni. Szybko dowiadujemy się, że Evie spędziła wakacje w szpitalu psychiatrycznym ze względu na wszechobecne wizje, halucynacje i niezrozumiałe sny, w których postacie z kart Tarota toczą zacięty bój, a świat zmierza ku zagładzie. Mieszka razem z mamą. Kobieta ze wszystkich sił chciałaby pomóc swojej jedynej córce w chorobie. Według rodzicielki odziedziczyła ją po babci. Mimo tego szesnastolatka wiedzie raczej dobre życie. Jest atrakcyjna, ma bogatego chłopaka, najlepszą przyjaciółkę oraz dużo pieniędzy. Wraz z nowym rokiem szkolnym do jej placówki przybywa czwórka nowych uczniów. W tym Jackson, który od razu przykuwa jej uwagę. Niedługo później dowiadujemy się czym jest ten słynny Błysk, a Evangeline jest jedną z nielicznych osób, która go przeżyje. Myślę, że na tym zakończę, bowiem boję się, że zdradzę za dużo. Żeby podsycić waszą ciekawość odniosę się jeszcze do paru wątków. Kim tak naprawdę jest Evie? Jaką rolę ma odegrać? Czy ktoś będzie w stanie jej pomóc? Talia kart została rozdana. Strzeż się każdego!

Szczerze powiedziawszy po przeczytaniu opisu spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Nie mogę powiedzieć, że jestem zawiedziona, ale też nie przyznam, że jestem w pełni usatysfakcjonowana. Przez kilka pierwszych rozdziałów bardzo się męczyłam. Mieliśmy dużo momentów ze szkoły, nastoletniej egzystencji, czyli imprez, spotkań ze znajomymi i tajemniczym Jacksonem, który nie był miłym chłopakiem z sąsiedztwa. Od razu pomyślałam, że dostałam nieciekawą opowieść młodzieżową zamiast dobrej fantastyki. Dopiero po jakimś czasie zaczęło się coś dziać, a ja powoli przekonywałam się do tej książki. I tutaj zaznaczam, że naprawdę powoli. Akcja skakała. Raz miałam wrażenie, że leci zbyt wolno, gdzie po parunastu stronach leciała zbyt szybko. Mimo to w ogólnym zestawieniu wyszło z tego coś interesującego. Wiele wątków rozwinęło się w zaskakujący sposób, a paru elementów kompletnie się nie spodziewałam. Można nazwać to książką drogi, gdyż nasi główni bohaterowie odbywają daleką podróż, która jeszcze się nie skończyła. Z wielką chęcią przekonam się jaki będzie koniec.
"Chodź, dotknij... Ale pamiętaj, że za to zapłacisz."
Najwyższa pora, aby napisać nieco więcej o moich odczuciach względem bohaterów. Nie mogę nazwać Evie irytującą postacią, choć pewnie niektórzy z was nie będą pałać do niej sympatią. Chociaż zachowuje się czasem dziecinnie, niewdzięcznie, niezdarnie i ma pretensje, kiedy powinna dziękować za to, że żyje, to gdzieś tam nawet ją polubiłam. Potrafiłam ją zrozumieć. Znalazła się w sytuacji, w której nie każdy by sobie poradził. Nie posiadała praktycznie żadnych umiejętności. Nie polowała, nie gotowała, nie była przygotowana na trudne warunki. Ale w końcu miała tylko szesnaście lat, była jeszcze dzieckiem, gdy wydarzył się Błysk. Bała się. Uważała, że była bezbronna. Do tego wizje, halucynacje. Można od tego zwariować, więc współczułam jej. Jeśli zaś chodzi o Jacksona, to tutaj bywało różnie. Na wstępie nie polubiłam go ani trochę. Wulgarny, uważający się za nie wiadomo jak przystojnego, ordynarny. Jego odzywki były na poziomie asfaltu. Aż miałam ochotę mu przywalić. Jedyną dobrą rzecz jaką wprowadzał, to wyrażenia po francusku, które sprawiły mi niemałą radość. Ale to tylko dlatego, że rozumiałam je bez tłumaczenia i czułam się przez to wyjątkowo. Traktował Evie z góry, kiedy to jego zdaniem, to ona oceniała go po okładce oraz pochodzeniu. Często denerwował się na dziewczynę, choć jej zachowanie było raczej naturalne. Nie robiła mu specjalnie na złość. Do tego ciągle powtarzał, że ma na nią ochotę. Ach, no nie, no nie, to mi się nie podobało. Później gdzieś zauważyłam jego zmianę, uwierzyłam w niego, popierałam jego czyny i kibicowałam, aby Evangeline wyjawiła mu swoją tajemnicę. A ona wciąż i wciąż tego nie robiła, więc wtedy moja złość przeszła na nią. Wzbudzali we mnie skrajne emocje, ale zdecydowanie był to plus tej powieści. 

Moim głównym zarzutem są tutaj postacie z kart Tarota, które zostały potraktowane trochę po macoszemu. Ten wątek mógł być bardziej rozwinięty, bo uważam, że przeciętny czytelnik nie ma bladego pojęcia na ten temat. A na dobrą sprawę jest to praktycznie główna część fabuły. Ku mojemu niezadowoleniu dostajemy po jednym słowie o każdej z postaci. Wiemy, że jest Łuczniczka, że jest Śmierć na koniu i tutaj zostają wymienione inne nazwy. Ale nie dowiadujemy się o nich niczego więcej. Co to oznacza? Jakie mają symbole? Czy są dobre, czy też złe? Nic, kompletnie zero informacji. Jakoś pod koniec poznajemy parę osób i Evie je opisuje, ale myślę, że powinniśmy dostać trochę więcej wiadomości od autorki. I ktoś może powiedzieć, że dostajemy o Selenie, Finnie, Matthew. Tak, to prawda, ale kiedy? Dziesięć rozdziałów przed finałem? Przecież jest ich ponad czterdzieści. Nie, ten argument do mnie w ogóle nie trafia.

Podsumowując, "Cesarzowa kart" w jakimś stopniu do mnie trafiła. Po przeanalizowaniu doszłam do wniosku, że dostaliśmy ciekawą historię, gdzie najbardziej interesująca staje się po przeczytaniu większej części książki. Wydaje mi się, że początek jest dosyć słaby, ale naprawdę dajcie szansę tej pozycji, bo możecie się mile zaskoczyć. Może moja recenzja nie brzmi pozytywnie, ale zawsze staram się wykazać błędy żeby ustrzec czytelników przed niemiłym zaskoczeniem. W końcu lepiej tak niż mielibyście się zawieść, prawda? Ale bądź co bądź bawiłam się dobrze i mogę tę książkę polecić. A tymczasem do następnego 💖

18:03

"Z otchłani" - Martyna Senator | Recenzja

"Z otchłani" - Martyna Senator | Recenzja
Książki Martyny Senator zdecydowanie są najlepszym lekarstwem na przezwyciężenie niechęci do czytania. Już po raz drugi twórczość autorki pomogła mi odnaleźć pokłady energii do zagłębienia się w kolejną lekturę. Tym krótkim wstępem chciałabym was zaprosić na recenzję "Z otchłani".

Powieść zaczyna się nieco smutno, gdyż dowiadujemy się, że Adam, chłopak Kaśki, którą mogliśmy poznać w pierwszej części serii jako przyjaciółkę Sary, zdradził swoją wieloletnią partnerkę. Jednym błędem zakończył związek, który znaczył dla niego naprawdę wiele i przekreślił ich wspólną przyszłość. Dziewczyna załamuje się. Jej serce zostaje roztrzaskane na małe kawałeczki. Niespodziewanie Kaśka poznaje Szymona, z którym umawia ją koleżanka z pracy. Niby nic niezwykłego, ale główna bohaterka nie ma o tym najmniejszego pojęcia, bowiem Mirka podszywa się pod nią na Tinderze. Czy to kolejna historia miłosna, czy może tę dwójkę połączy tylko przyjaźń? Czy Kaśka wyrwie się z otchłani
"Kiedyś ludzie nosili sekrety w głębi swoich serc, a dziś ukrywają je w swoich smartfonach."
Z czystym sumieniem przyznam, że kontynuacja "Z popiołów" podoba mi się bardziej. Uważam, że ta opowieść jest dojrzalsza od swojej poprzedniczki i niewątpliwie odważniejsza. Dostajemy kilka opisów o tematyce erotycznej, co było odrobinę zaskakujące. Aczkolwiek nie ten wątek jest tutaj najważniejszy. Z pozoru niewinna, przyjemna pozycja, lecz porusza interesujące tematy. Niestety, nie mogę zdradzić nic więcej, bo zepsułoby to całą zabawę.

Kreacja bohaterów jest na zadziwiająco wysokim poziomie. Kaśka i Szymon mocniej przypadli mi do gustu niż Sara i Michał. Oczywiście, tamta dwójka nie była zła. Po prostu w tym przypadku nawiązała się między nami taka nić porozumienia, oboje byli przesympatyczni. W pierwszym tomie Kaśka była mi całkowicie obojętna, zresztą jak wszystkie inne poboczne postacie. Tutaj poznałam ją lepiej i kompletnie tego nie żałuję. W pełni rozumiałam jej zachowanie. Gdybym była na jej miejscu pewnie zrobiłabym tak samo. Poza tym jej ulubionym zespołem jest Imagine Dragons, więc łączy nas również miłość do tej samej muzyki. Tutaj kolejny plus leci w stronę Martyny Senator. Ach, no i nie zapominajmy o filmach, które są wspominane. Pisałam już o tym w recenzji "Z popiołów". Jeśli zaś chodzi o Szymona, to uwielbiam gościa! Z chęcią poznałabym go w życiu realnym. Już nie chodzi o to, że jest niesamowicie przystojny. Chociaż to też. Dowcipny, inteligentny, pisze zabawne artykuły, troskliwy i ma w sobie to coś, co nas, dziewczyny, do niego przyciąga. Znajomość Kaśki i Szymona przechodziła już przeróżne etapy i jestem z ich rozkwitu usatysfakcjonowana. Myślę, że ta relacja potoczyła się w takim kierunku, jakim powinna. Przechodząc do bohaterów epizodycznych, to tutaj też wyszło znacznie lepiej niż w pierwszej części. Może przez to, że znałam już większość z nich? Cieszyłam się, że dowiedziałam się co nowego u Sary oraz Michała i po części mogłam przeżywać z nimi radosne, ale i te smutne chwile. Autorka dopracowała więcej szczegółów, przez co moje zadowolenie wzrosło. Jeśli tak dalej pójdzie, to trzeci tom będzie mistrzostwem. Dawno u nas nie było tak ciekawych, polskich młodzieżówek. Ach, zapomniałabym o Kubie, z którym też mieliśmy parę scenek, zresztą bardzo pozytywnych. Z chęcią zobaczyłabym go w trzecim tomie jako głównego bohatera. Niestety, ale wydaje mi się, że jednak autorka postawi na Mirkę. Mimo wszystko liczę na to, że moje marzenie się spełni.
"Znasz takie powiedzenie: "Nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku"? (...) Podobnie jest z przyjaźnią. Wszystko zaczyna się od pierwszego uśmiechu, pierwszej dłuższej rozmowy, pierwszego powierzonego sekretu, czy podania komuś pomocnej dłoni... Przyjaźń to taka wędrówka na wielu płaszczyznach. Jeśli teraz się do Ciebie uśmiechnę, a ty ten uśmiech odwzajemnisz, to razem wykonamy pierwszy krok."
Tym razem to męski główny bohater posiada tajemnicę. W przypadku Sary domyśliłam się praktycznie od razu. Tutaj musiałam się nagłowić i prawie do końca nie byłam pewna czy dobrze rozumuję. Miałam chyba trzy opcje i jedna z nich okazała się tą słuszną. Ze względu na to nie potrafiłam oderwać się od książki. Chciałam dowiedzieć się co takiego skrywa Szymon. Przyznam, że to rozwiązanie spodobało mi się najbardziej, bo przez myśl przechodziły mi naprawdę makabryczne pomysły. Najwidoczniej tylko ja posiadam tak chorą wyobraźnię. Całe szczęście! Jeśli czytaliście tę książkę, dajcie znać w komentarzach czy może wy wpadliście na to wcześniej. Jestem ciekawa.

Myślę, że takim dosyć zabawnym aspektem były tematy w e-mailach, które główni bohaterowie często wymieniali między sobą. Od raz przed oczami pojawiali się Ana i Christian z "50 twarzy Greya" E. L. James, którzy zmieniali tematy za każdym razem. W tej książce także spotkaliśmy się z takim przypadkiem. Kasiu, Szymonie, naprawdę nie musicie go ruszać. On automatycznie dodaje "Re:", gdy odpowiadacie na kolejną wiadomość. Przyznaję, że niekiedy nagłówki były śmieszne, ale raczej te czynności irytowały mnie. Na dobrą sprawę to jedyny minus, który potrafiłabym wskazać. Oczywiście, ta pozycja nie jest arcydziełem, ale nie umiem przyczepić się do niczego innego. Nie oznacza to, że daję 10/10 punktów. Nic z tych rzeczy. Jest to bardzo dobra, przyjemna, odprężająca historia na jeden wieczór, lecz fajerwerki na pewno nie wybuchają w tle. 

Podsumowując, z chęcią wrócę do tej książki. Naprawdę mi się podobała. Polecam ją, bo warto zapoznać się z treścią. Nie daję gwarancji, że stanie się to wasza ulubiona powieść, bo sama tak nie uważam. Nie żałuję, że sięgnęłam po tę lekturę. będę wspominać ją z uśmiechem. Na koniec chciałabym tylko dodać, że wstęp recenzji jest po części wyjaśnieniem dlaczego nie było mnie tutaj tak długo. Mam nadzieję, że zrozumiecie. A tymczasem do następnego 😁

16:39

"Dotyk Julii" - Tehereh Mafi | Recenzja

"Dotyk Julii" - Tehereh Mafi | Recenzja
Julia posiada dar, który traktuje jako przekleństwo. Nikt nie wie dlaczego dziewczyna zabija dotykiem. Świat został pogrążony w chaosie. Brakuje jedzenia, zwierzęta umierają, a pogoda staje się nieprzewidywalna. Komitet Odnowy podstępem zdobywa władzę, kłamiąc ludziom w żywe oczy, że są w stanie wszystko odbudować. Do tego zamierzają wykorzystać moc Julii, aby powiększyć swoje wpływy. Jednak ona się buntuje. Po raz pierwszy raz w życiu. Zaczyna walczyć, bo przy jej boku pojawia się ktoś, kto ją kocha. Jak potoczą się jej losy?

Pisząc w tym momencie tę recenzje jestem w pełni świadoma, że może zostać odebrana nieco źle. "Dotyk Julii" jest bardzo popularną serią i zbiera w większości pozytywne oceny, dlatego dziwnie mi, że ja nie odbieram jej w przychylnym świetle. Z czystym sumieniem przyznaję, że liczyłam na coś świetnego i podchodziłam do pierwszego tomu z dobrym nastawieniem, ale trochę się rozczarowałam. Przed wyjaśnieniem mojego niezadowolenia, chciałabym jeszcze wspomnieć o dwóch kwestiach. Obowiązkowo zachwycę się nad okładką, która jest śliczna. Oprawa graficzna naprawdę przypadła mi do gustu. Na koniec zdradzę, że czytałam tę pozycję wcześniej, jakoś półtorej roku temu, ale kolejne części dokupiłam dopiero w ostatnie wakacje, więc pozapominałam wiele istotnych wątków. W grudniu przysiadłam ponownie do tej książki i dopiero dzisiaj udało mi się ją skończyć. To były długie miesiące. Powinnam dostać jakąś nagrodę za znoszenie tych tortur.
"Nadzieja bierze mnie w ramiona i trzyma w swoich objęciach, ociera mi łzy i mówi, że dziś, jutro, za dwa dni wszystko będzie dobrze, a ja jestem na tyle szalona, że ośmielam się w to wierzyć."
Tak, napisałam to. Czytanie tej książki było dla mnie przez długi okres torturami. Nie chodzi o to, że Tehereh Mafi ma nieciekawy styl pisania. Początkowo uważałam to za jedyny plus tej powieści. Opisy są dosyć specyficzne, naładowane dużą ilością metafor. Nie zdawałam sobie sprawy, że tak błahe sprawy można przedstawić w tak niezwykły sposób. Ale po kilkunastu rozdziałach taka narracja zaczęła mnie męczyć. Brakowało mi tej prostoty, denerwował mnie zmetaforyzowany tekst i przelatywałam wzrokiem po linijkach, nie zagłębiając się bardziej, bowiem nie miałam na to ochoty. To są główne zarzuty.

Sam pomysł był interesujący. W końcu rzadko mamy do czynienia z taką anomalią, jak odbieranie komuś życia poprzez dotyk. Gdyby trochę bardziej nad tym popracować, to mogłoby się udać. Ale w moim mniemaniu wyszło dosyć średnio. Pierwszą połowę oceniam kiepsko. Nie wiem jak udało mi się przez to przebrnąć. Dopiero od zmienienia otoczenia (tzn. opuszczenia terytorium Warnera) poczułam lekką ciekawość. Pojawiła się jakaś akcja, autorka skupiła się na opisywaniu czynności, a nie uczuciach głównej bohaterki, więc rozdziały trzymały się kupy. Pod koniec nawet się wciągnęłam. Wydarzenia zostały poprowadzone w intrygujący sposób, ale nie do przesady. W porównaniu do innych książek, "Dotyk Julii" balansował na granicy przeciętnie a może być.
"Histeria to luksus, na który chwilowo mnie nie stać."
Teraz przejdziemy do omówienia postaci. Wiem, że zostanę zlinczowana, ale Julia mnie denerwowała. Rozumiem przez co musiała przejść i gdzieś w głębi siebie współczułam jej, ale to nie zmienia faktu, że jej zachowanie irytowało mnie. Nie potrafię wskazać przyczyny, która sprawiła, że dziewczyna nie zdobyła mojej sympatii. Tak jest i nie umiem tego zmienić. Aczkolwiek w jednym przyznawałam jej rację. Warner to psychopata, zabójca i potwór. I tutaj od razu zaznaczam, że wiem mniej więcej jak skończy się ta trylogia, bo parę spoilerów obiło mi się o uszy, ale zdecydowanie nie wierzę, że ta historia się tak potoczy. Może właśnie dlatego chciałabym przeczytać dalsze części? Poza tym słyszałam, że kolejne tomy są lepsze. Dlatego też nie przekreślam "Dotyku Julii". Kontynuując. Nie mogłabym nie wspomnieć o Adamie, który odgrywa ważną rolę w tej opowieści. Jego naprawdę polubiłam i szczerze liczę na to, że ten stan pozostanie niezmienny. Do tego dochodzi jego młodszy brat, który jest przeuroczy oraz Kenji, który mimo pewnych sytuacji raczej jest bardziej na plus niż na minus.

Podsumowując, nadal nie jestem zadowolona z tej książki. Czytając ją po raz pierwszy nie odebrałam jej pozytywnie i teraz tak też się nie stało. Choć w pewnych kwestiach wypadła lepiej w moich oczach. Uważam, że kiedyś dałabym jej słabszą ocenę. Wiem, że teraz posypie się wiele komentarzy na temat tego, że wam się ta seria podobała. Mam tylko nadzieję, że uszanujecie moją decyzję, bo każdy może lubić coś innego. Moja recenzja jest jednoznaczna, bo po prostu uważam, że ta pozycja zbiera zbyt dobre opinie. Zdania nie zmienię.

Na koniec wspomnę, że został wgrany nowy szablon do bloga. Nagłówek został zmieniony, karty zaktualizowane, a na dole pojawiły się etykiety. Myślę, że teraz wszystko wygląda przejrzyście. Zdjęcia nadal są amatorskie, ale kiedyś pojawią się lepsze. Pozdrawiam serdecznie i do następnego ❤

08:00

"Ponad wszystko" - Nicola Yoon | Recenzja

"Ponad wszystko" - Nicola Yoon | Recenzja
Maddy choruje na SCID. W skrócie – ma alergię na cały świat. Nie opuszcza swojego domu nawet przez sekundę, czas spędza wyłącznie z mamą oraz Carlą, jej pielęgniarką, a zarazem przyjaciółką. Dziewczyna uczy się przez Internet, czyta mnóstwo książek i wciąż przegrywa w scrabble. Powietrze, którym oddycha jest filtrowane i zmieniane co godzinę, rzeczy, które przychodzą do niej z zewnątrz są odkażane, mieszka w białej bańce bez szansy na normalne życie. Niespodziewanie na jej drodze pojawia się Olly, który przeprowadza się do domu obok. Ukradkowe spojrzenia, porozumiewanie się za pomocą pantomimy, pisanie wiadomości na oknie, wymienianie nocą esemesów. Te niewielkie gesty dają Maddy nadzieję. Nadzieję, że jeszcze wszystko się ułoży. Historia nastolatków, którzy udowadniają, że nie potrzeba fajerwerków, aby się pokochać. Bez smaku, bez dotyku, bez zapachu. Ta opowieść oczaruje Cię od samego początku! 

Nie pamiętam, kiedy zakupiłam tę pozycję. Z pewnością było to parę miesięcy temu. Jednak cierpliwie czekała na swoją kolej i w końcu zabrałam się za nią. Zanim przejdę do recenzji, chciałabym wspomnieć o oprawie graficznej. Żadna nowość, że jestem okładkową sroką i zachwycam się nad nimi jak nienormalna, lecz tylko spójrzcie na tę piękną okładkę. W rzeczywistości wygląda jeszcze fantastyczniej niż na zdjęciu. Cieszę się, że nie pokusiłam się na tę filmową. Zresztą w środku jest równie niesamowita. Co jakiś czas pojawiają się obrazki, które wykonał mąż autorki. Dobra robota! Książka posiada również dodatki w postaci spoilerów życiowych Madelaine, spiral życia, wyników lekarskich i e-maili. Całość prezentuje się dobrze. Uwielbiam lektury, które oprócz treści, są przyjemne dla oka. +10 punktów do pozytywnej recenzji.
"Obietnica - kłamstwo, którego ma się zamiar dotrzymać."
Po przeczytaniu opisu wydawało mi się, że będzie to schematyczna historia o chorej dziewczynie, których w pewnym okresie było na pęczki. Na szczęście zostałam mile zaskoczona, ponieważ w tym przypadku było to coś, co wywołało we mnie tyle emocji, ile nie wywołała żadna powieść tego typu. Potrafiłam odczuwać wszystko razem z Maddie. Jej smutek, radość, przygnębienie, złość, miłość i rozentuzjazmowanie. Poza tym nastolatka nałogowo czyta książki, co zdecydowanie nas do siebie przybliżyło. Głównych bohaterów bardzo polubiłam. Olly był taki... taki nieprzewidywalny. Rozśmieszał mnie, ale też rozczulał. Ta dwójka została świetnie ze sobą dobrana. Oboje mają trudne życie, lecz potrafią wspierać i pocieszać siebie nawzajem. Carla także przypadła mi do gustu. Była ogromnym wsparciem dla swojej podopiecznej. Jeśli chodzi o mamę Maddie, to... jakoś nie przekonywała mnie do siebie od samego początku. Widać było, że kocha swoją córkę nad życie i niesamowicie o nią dba, ale z drugiej strony jej zachowanie sprawiało, że nie do końca jej ufałam. Przy momentach z Pauline pozostawałam czujna i z uwagą czytałam każde wypowiedziane przez nią słowo. Reszta postaci była mi zupełnie obojętna. Pewnie dlatego, że nie mieliśmy okazji ich bliżej poznać. Oczywiście, rodzina Olivera też odgrywała rolę w tej historii, lecz ten temat jest szeroki i głęboki jak morze. Ich przypadek jest trudny i jedyne, co mogłabym powiedzieć, to współczuję. Współczuję życia przy boku kogoś takiego. Nie toleruję przemocy i alkoholizmu. Ten człowiek zniszczył trzy osoby, a ja najchętniej wymierzyłabym mu najsurowszą karę. Cieszę się, że ten wątek zakończył się w taki sposób, w jaki się zakończył.

Przejdę do zwrotu akcji, który wystąpił w tej książce. Gdyby ktoś spytał mnie w połowie lektury czy podejrzewałam cokolwiek, odpowiedziałbym nie. Dopiero paręnaście stron przed ujawnieniem pewnych wątków, domyśliłam się jak dalej potoczą się losy głównej bohaterki. Szczerze? Czułam się nieco dziwnie. Nie wiem jak zareagowałabym na tę wieść, gdybym była na jej miejscu. W pewnym sensie rozumiem, co skłoniło pewną osobę do tak radykalnych kroków, ale nadal uważam ten czyn za okropieństwo. Ten motyw czytałam z otwartą buzią, wciąż nie wierząc w rozwój historii. Jednak nie chcę nic więcej zdradzać, gdyż popsułoby to całą zabawę. Spoilery zniszczyłyby wszystko.
"Czasami czytam ulubione książki od tyłu. Zaczynam od ostatniego rozdziału i przesuwam się ku początkowi. W ten sposób bohaterowie przechodzą od nadziei do rozpaczy, od samoświadomości do zwątpienia. W romansach pary zaczynają jako kochankowie, a kończą jako dwoje obcych sobie ludzi. Książki o dorastaniu stają się powieściami o utracie sensu w życiu. Ożywają ulubieni bohaterowie."
Zakończenie było dobre. I tylko dobre. W sumie na tle całej książki wypadło nawet trochę słabo. Liczyłam na zupełnie inne dokończenie opowieści. Przynajmniej ja zrobiłabym kompletnie inaczej niż autorka. Może roztrzaskałoby to moje serce na milion małych kawałeczków, ale wtedy dałabym największą notę. Czasem te najsmutniejsze rozwiązania, są tymi najlepszymi.

Reasumując, "Ponad wszystko" jest książką, która nie szybko uleci mi z głowy. Naprawdę mi się podobała, stała się jedną z moich ulubionych. Gorąco wam ją polecam. Jeśli nie mieliście okazji po nią sięgnąć, zróbcie to teraz. Powieść czyta się niezwykle lekko i szybko. Wystarczy jeden wieczór na zapoznanie się z każdym rozdziałem. Jestem zachwycona! Myślę, że będę miała solidnego kaca książkowego. Mieliście okazję zapoznać się z tą lekturą? Jakie macie o niej zdanie? A może dopiero macie ją w planach? Czekam na wasze komentarze. A tymczasem ściskam ciepło i do następnego! 😋

06:00

"Żniwiarz: Pusta noc" - Paulina Hendel | Recenzja

"Żniwiarz: Pusta noc" - Paulina Hendel | Recenzja
Magda Wojna nie jest zwykłą dwudziestolatką. Pomiędzy pracą w księgarni a obowiązkami domowymi, dziewczyna w wolnych chwilach tropi upiory rodem ze słowiańskich wierzeń. Jej wujek Feliks jest żniwiarzem, który jako jeden z nielicznych potrafi odesłać potwory do Nawii. Bezkosty, martwce, upiry – to tylko niektóre z demonów, z którymi przyjdzie im walczyć. Ostatnio z krainy umarłych uciekła najpotężniejsza istota, z jaką żniwiarze kiedykolwiek musieli się zmierzyć. Jak potoczą się losy Magdy? Jak zareaguje na jej podwójne życie Mateusz, z którym zaczyna spędzać coraz więcej czasu? Czy Feliks jest wystarczająco silny, aby przywrócić równowagę? Przeczytaj, aby się dowiedzieć!

Przede wszystkim chciałabym wspomnieć o okładce, która jest przepiękna! Uwielbiam ją. Wielkie oklaski dla wydawnictwa IV Strona. Niezmiennie oprawa graficzna, wydawanych przez nich książek jest fenomenalna, a ja biję pokłony. Tę pozycję miałam na swojej półce od jakiegoś czasu, ale nigdy nie było okazji, aby się za nią zabrać. W końcu przyszła jej pora.  Zdecydowanie ta opinia będzie pozytywna. Ostatnio trafiałam na lektury, które niekoniecznie przypadały mi do gustu. Jednak w tym przypadku jestem usatysfakcjonowana. Na szczęście zaopatrzyłam się już w drugą część "Żniwiarza", za którą niedługo się zabiorę.
"Podziwiam cię, że wiedząc o tym wszystkim, potrafisz wieść jeszcze normalne życie."
Oczywiście, nie jest to arcydzieło, lecz uważam, że poprzeczka została ustawiona dosyć wysoko. Tym bardziej, że jest to debiut Pauliny Hendel. Polscy autorzy w ostatnich latach naprawdę się popisali i urzekł mnie fakt, że niektóre serie czyta się przyjemniej niż zagraniczne. Jednak przejdźmy już do recenzji. Cóż, zacznę od głównych bohaterów. Początkowo myślałam, że Magda będzie mnie denerwować, bo przyznajmy szczerze – nie zrobiła najlepszego pierwszego wrażenia. Z kolejnymi rozdziałami rozwinęła się. Doceniałam jej odwagę, poświęcenie i inteligencje. Czasami gdyby nie ona, Feliks nie wyszedłby cało ze spotkania z potworami. Dlatego daję plusa za stworzenie normalnej pierwszoplanowej postaci. Jeśli zaś chodzi o jej wujka, to niekiedy grał mi na nerwach, ale gdzieś głęboko, ale to naprawdę głęboko potrafiłam go tolerować. Mateusz sprawiał dobre wrażenie, lecz w całej historii był mi raczej obojętny. Najbardziej lubiłam Nadię. Wydawała się autentyczna, często mnie zaskakiwała i podziwiłam jak świetnie radziła sobie w sytuacjach wyjątkowych. Reszta bohaterów tworzyła ładne tło, zbytnio się nie wychylając. Nie ma kogoś, kogo bym ukatrupiła, więc jest dobrze, ale też bez przesady. Uważam, że nad niektórymi można jeszcze popracować, bo dało się z nich wykrzesać nieco więcej. To jak z cytryną. Wyduszacie z niej niby cały sok, ale w środku tego soku trochę zostało.

Sama fabuła zainteresowała mnie. Zdarzały się momenty, w których z zapartym tchem śledziłam dalsze losy bohaterów, ale też pojawiały się nużące, ciągnące w nieskończoność opisy. Mitologia słowiańska to temat długi i szeroki, w którym mogłabym się wciąż zaczytywać. Dlatego brakowało mi więcej demonów, gdyż ten wątek został trochę potraktowany po macoszemu. Niektóre wątki są tylko odrobinę liźnięte, a ja czekam na więcej. Przyznaję bez bicia, że wolę serię "Kwiat paproci" Katarzyny Bereniki Miszczuk, ale przy tej lekturze też nieźle się bawiłam. Problemem dla mnie była długość rozdziałów, bowiem zawsze je czytam od deski do deski, więc nie mam w zwyczaju przerywania ich w połowie. Niestety, tutaj parę razy wysiadłam, kiedy spieszyłam się, a okazywało się, że zostało mi jeszcze trzydzieści stron do przeczytania. Myślę, że spokojnie można było to podzielić na wiele mniejszych części. Ale to mały niuansik, który pewnie większości nie przeszkadza. Tylko ja jak zwykle się czepiam takich elementów.
"Tylko raz w życiu widziała Spaleńca. Zdarzyło się to kilka lat wcześniej, ale wtedy była pod opieką wujka , który nie pozwoliłby, żeby coś jej się stało. Sama w gęstym lesie o zmroku poczuła się słaba i bezbronna, ale nie potrafiła się cofnąć."
Doszliśmy do plot twistów, których w "Żniwiarzu" były aż dwa. Niestety, w każdym z przypadków domyśliłam się dużo wcześniej. Jeśli chodzi o tożsamość Pierwszego, najsilniejszej istoty, która właśnie się uwolniła, to była bułka z masłem. Paulina Hendel zostawiła nam tyle wskazówek, że w pewnej chwili pomyślałam, że to podpucha. Trochę mnie to rozczarowało i wydaję mi się, że gdyby Pierwszym okazałby się zupełnie ktoś inny, moja ocena byłaby wyższa. Końcówka również mnie nie zaskoczyła. Przewidywalność krzyczy i plącze się nam pod nogami. Aczkolwiek z chęcią sięgnę po kolejne tomy.

Podsumowując – jestem zadowolona! Może "Żniwiarz" nie stanie się moją ulubioną serią, może nie znalazłam tam bohaterów, których dodałabym do moich TOP 5, ale całość prezentuje się bardzo dobrze. Niedługo sięgnę po kontynuację i mam nadzieję, że się nie zawiodę. Z ciekawostek dodam, że mój egzemplarz miał drobny błąd w druku i jeden z akapitów podczas ważnej akcji, został wklejony parę stron wcześniej, więc szybciej wiedziałam, co się wydarzy. Później ten sam akapit pojawił się w momencie, w którym pierwotnie powinien. Nie wiem czy tylko ja miałam taką wadliwą sztukę, ale nic się nie stało. Mały spoiler nie zrobił mi krzywdy. Jeśli nie mieliście okazji dorwać pierwszego tomu, to zachęcam do kupna i zapoznania się z tą historią. Naprawdę polecam.
A tymczasem życzę Wam miłego dnia i do następnego 💕

13:25

"Z popiołów" - Martyna Senator | Recenzja

"Z popiołów" - Martyna Senator | Recenzja
Przeszłość Sary determinuje jej teraźniejszość. Dziewczyna zmaga się z zranieniem sprzed lat, przez co nie potrafi się już zakochać. Nie dopuszcza do siebie chłopaków, nie nawiązuje nowych znajomości, nie korzysta z życia. Jednak na jej drodze staje Michał. Przypadkowe spotkanie wywraca rzeczywistość studentki do góry nogami. Stopniowe przesuwanie swoich granic może uleczyć nieszczęśliwą duszę. Dwójka ludzi, parę tajemnic, odkrywanie siebie od nowa. Miłość jest piękna, lecz najpierw trzeba się na nią otworzyć. Opowieść o tym, co naprawdę ważne z muzycznym wątkiem w tle. Zapraszam do dalszej recenzji.

Książkę mam na swojej półce od niedawna, ale przeczytać chciałam ją już od jakiegoś czasu. Wspieranie polskich autorów weszło mi w krew, dlatego pierwszą pozycją, którą udało zakończyć mi się w nowym roku jest właśnie tytułowa powieść. Wcześniej przesłuchałam piosenkę, która została nagrana na potrzeby tej historii. Bałam się, że będzie to podróbka "Maybe Someday", ale na szczęście Martyna Senator tylko delikatnie zainspirowała się Colleen Hoover. Ten fakt kompletnie mi nie przeszkadzał, bo oprócz muzyki te dwie książki nie miały ze sobą nic wspólnego. Cóż, autorka ma zdecydowanie przyjemny styl pisania, który trafia do każdego rodzaju czytelnika. Czyta się szybko, praktycznie jeden wieczór wystarcza na zapoznanie się z tą pozycją.
"Dochodzę do wniosku, że na świecie istnieją dwa typy ludzi: tacy, którzy doszczętnie rujnują komuś życie, i tacy, którzy nadają mu sens."
Sama fabuła nie wzbudza u mnie zachwytów. Dość przewidywalna i schematyczna, ale potrafiłam się przy niej dobrze bawić. Prawdę mówiąc pragnęłam niezobowiązującej lektury, która pobudzi mój zmysł czytelniczy. Potrzeba wertowania kolejnych stron wróciła, za co jestem niezwykle wdzięczna. Brakowało mi jednak nieco akcji. Oczywiście, nie powinnam oczekiwać od tego typu powieści wybuchów, pościgów i opisów walk (choć tego ostatniego mogliśmy zasmakować), lecz miałam wrażenie, że w pewnych momentach stoimy w miejscu. Bohaterowie w kółko robili to samo - dom, pub, trening, spotkanie, dom. Wpadli w rutynę, a czekanie na coś ekscytującego trwało w nieskończoność. Jednak nie jest to kryminał, fantasy czy horror, więc rozumiałam, że jest to zwykła historia o zwykłych ludziach i ich problemach. W każdym razie dotrwałam do końca i byłam usatysfakcjonowana, ponieważ oprócz zwykłego love story dostaliśmy też kilka innych smaczków, które tłumaczyły tytuł książki.

Jeśli chodzi o głównych bohaterów - są w porządku. Sarę odbieram neutralnie. Nie denerwuje mnie, ale też nie sprawia, że ją uwielbiam. Ot taka główna bohaterka nie wzbudzająca żadnych emocji. Z Michałem było nieco lepiej. W pewnym stopniu polubiłam go, czasem mnie rozśmieszał. Jednakże najdziwniejsze jest to, że to perspektywa Sary wydała mi się bardziej interesująca. Miała w końcu jakąś tajemnicę, której długo nie chciała zdradzić. Od czasu do czasu wyjawiała pewne niuanse, co tylko rozbudzało naszą ciekawość. Za to Michał grał z nami w otwarte karty. Szybko poznaliśmy jego sytuację rodzinną i perypetie z byłą dziewczyną. Bohaterowie poboczni mogliby dla mnie nie istnieć. Są zapychaczami, bo w końcu muszą istnieć też inne osoby niż wyłącznie główne postacie. Kaśka, Ada, Patryk, Kuba, mogłabym tak wymieniać imiona, lecz żadne tak naprawdę nie ma większego znaczenia. Po prostu są tłem dla całej historii. Trochę żałuję, że nie ma takiej osoby, nawet pobocznej, która byłaby z jajem, ożywiła całą opowieść, pośmiała się i podenerwowała innych, lecz zarazem wszyscy by ją lubili. No cóż, pomarzyć można. Patrząc na tę sytuację pozytywnie - nie było nikogo, kogo z chęcią bym zabiła, więc to o czymś świadczy. Także tytuł najlepszej postaci definitywnie dostaje Michał, choć oczywiście jego kreacja nie jest arcydziełem.
"Czasami lepiej być samotną wyspą, niż dzielić życie z kimś, kto nie daje ci szczęścia."
Świetnym zabiegiem, przynajmniej w moim przekonaniu, jest wplatanie do tekstu tytułów filmów, piosenek, seriali i nazwiska sławnych osób. Nadaje to realizmu oraz czujemy tę dziką satysfakcję, kiedy kojarzymy którąś z tych rzeczy. Mamy wtedy w głowie: "O, ten film faktycznie był dobry", "Też płakałam na śmierci Mufasy", "Kojarzę ten kawałek" bądź "Ech, nie lubię tej piosenki". I w gwoli ścisłości, nie, nie płakałam na śmierci Mufasy. Tak, wiem #człowiekbezuczuć.

Martyna Senator wydaje mi się ciekawą autorką. Nie jest to jej debiut, bo ma kilka książek na swoim koncie. Z przyjemnością jeszcze raz sięgnę po jej twórczość, ponieważ mimo tych wszystkich rzeczy, które mi przeszkadzały, było też wiele, które totalnie mi się podobały. Przykładem jest jej styl,  który w pewien sposób mnie urzekł. Jest prosty oraz lekki, ale mi to odpowiada. 

Podsumowując, całość dla mnie jest w porządku. Czytając swoją recenzję mam wrażenie, że wyszła jakbym była niezadowolona, ale to nieprawda. Lubię młodzieżowe książki. Trochę przypominają mi fanfiction, jednak ja mam do nich sentyment i zawsze będę do nich wracać. Tak samo do "Z popiołów". 

POLECAM!
Copyright © OD KSIĄŻKI STRONY , Blogger